Chile – ziemia obiecana. Cz. II.
Ale od początku. Już po przekroczeniu granicy z Peru o 8 rano udaliśmy się do rezerwatu Lauca pod granicą z Boliwią. Ciężarówka wspinała się ociężale, a roboty drogowe w ostateczności powstrzymały nas od dotarcia do celu. Zjechaliśmy z tych 4000 m w dół oddychając z ulgą cieplejszym i bardziej gęstym powietrzem. O 21 wylądowaliśmy w Poconchile, gdzie znajduje się wioska Hare Krishny. Policjant zapytany o kierunek na camping zasugerował darmowy nocleg pod komisariatem (przy okazji pod cmentarzem), co skwapliwie wykorzystaliśmy. Z rana udaliśmy się do krisznowców, a ci, podobnie jak u nas w Polsce, to trochę odrealniony świat zaimportowany z Indii, ciekawa architektura i pozytywny szef tutejszego zakonu. Wciągnęliśmy krisznowe papu, jak zwykle dobre, choć nie umywa się do woodstockowego. Chwilę posłuchaliśmy tak dobrze nam znanych i oklepanych piosenek spod znaku „Hare hare!” i ruszyliśmy w drogę.
Przyfarciło się nam wielce, bo kierowca cysterny zabrał nas, wbrew przepisom, wprost pod Humberston. Stamtąd przejechaliśmy się najpierw z rasistą obwiniającym o całe zło w Chile Peruwiańczyków, by po chwili ostatni odcinek pokonać z rzeczonymi, opisywanymi w czarnych kolorach, sympatycznie-„złymi” Peruwiańczykami, którym coś się pomyliło i zamiast nas okraść z/boczyli z drogi i podwieźli nas pod samo centrum. Znów spędziliśmy miłe 2 dni w Iquique z Mają i Dominikiem, bo miło jest odwiedzić znajomych i pełni sił ruszyliśmy ku nowej przygodzie.
Wieczorową porą sympatyczna rodzinka podwiozła nas pod sam dom naszego couchsurfera w Calamie, który okazał sie być sługą Watykanu. Ta potężna instytucja z zainteresowaniem spogląda na bogactwa mineralne Chile. Chyba za ma)ło złota w kufrach, a niewierni wierni sypią coraz rzadziej groszem. Miasto samo w sobie nieciekawe, ale ma potencjał przyszłego Humberstone – znaczy się jak za 50 lat skończą się minerały, będzie kolejnym wymarłym miastem. Póki co obywatele pławią się w luksusie, na ulicach najnowsze modele aut, a miasto hojnie sypie groszem na darmowe lekcie wszystkiego dla swoich mieszkańców. Tylko nienajlepiej skonstruowane domy pokazują chwilowość tego miejsca, do którego za bardzo przywiązywać się nie ma sensu.
Zwiedziliśmy nieodległą największą na świecie kopalnię odkrywkową Chuquicamata, która podczas odkrywania przywaliła toną ziemi nieodległe miasteczko i zatruwa swoim nieustannym pyłem tak odległe kraje jak Brazylia. Darmowa wycieczka dość sprawnie, jeśli nie za szybko, oprowadziła nas po tym miejscu. Widzieliśmy olbrzymi krater, gdzie w dole ciężarówki wielkości zabawek powolnie wspinały się po zboczach, by z bliska urosnąć w oczach do 8 metrów. Miały bak na 1000 litrów paliwa i spalały imponujące, jeśli nie przerażające 3 litry tegoż na minutę. Koło do tego olbrzyma kosztuje tyle, co średniej klasy samochód tyle, że zużywa się w ciągu 8 miesięcy.
Mieć miedź to błogosławieństwo Chile. Bez niej nie byłoby tu tego europejskiego standardu życia. O ile jednak jest to aktuanie mocna strona tego kraju, w przyszłości może okazać się jego słabością. Jak każdy kraj uzależniony od eksportu złóż tak i Chile może się wyłożyć, gdy tylko cena tegoż spadnie lub jego zasoby okażą się niepotrzebne (to zdarzyło się już z saletrą). Lecz póki co: hulaj dusza, piekła nie ma!
Z kopalni udaliśmy się na 1-dniowy wypad do San Pedro de Atacama, gdzie na wypożyczonych rowerach, w straszliwym upale wpedałowaliśmy do Doliny Księżyca (Valle de la Luna). Pejzaże niesamowite, a uspokajająca cisza odludnego miejsca od czasu do czasu przerywana była tylko odgłosem pękajacego piaskowca. Zaiste magiczne miejsce.
Jadąc z Calamy na południe złapaliśmy stopa z lokalnym atakameńczykiem, który ubolewał nad transformacją San Pedro z zacisznej wioski w oblężoną przez turystów miejscowość. Z oryginalnych mieszkańców pozostała już tylko garstka i niewielu korzysta z deszczu dolarów. Większość z tych pieniędzy trafia do i tak już grubych portfeli elity Santiago, napływ zaś młodych ludzi z innych regionów Chile zachwiał strukturą społeczną tego miasteczka. Nie tylko to ciążyło mu na sercu. Opowiedział nam o ustawicznym wykorzenianiu rodzimych Indian, szczególnie nasilonym za czasów dyktatury Pinocheta, która unicestwiła ostatnich Indian mówiących lokalnym językiem. Aktualny rządz również ignoruje istnie-nie mniejszości i stara się przejechać przez kraj kulturalnym walcem, by wszystko było gładkie i równe.
Odwiedzilismy z nim opuszczoną w latach 30 kopalnię saletry Chacabuco. Miejsce to zostało zaludnione ponownie w latach 70-tych więźniami politycznymi, łącznie z wujkiem naszego kierowcy, który uniknął kul zdobiących ściany budynków uciekając przez pustynię do Argentyny. Udało mu się to tylko dzięki indiańskiej umiejętności wyszukiwania wody w tym spalonym słońcem piekle.
Dyktatura nadal dzieli obywateli, bo pomimo braku swobód obywatelskich, Pinochet uznawany jest za twórcę cudu gospodarczego Chile, który trwa do dziś.
Jeszcze tylko ciężarówka, której kierowca zabrał nas bitą drogą do miejsca, gdzie mogliśmy podziwiać łapę atacamy – ciekawy pomnik ręki na środku pustyni i dotarliśmy do La Sereny, gdzie piach północy zamienił się w przepiękną dla nas oazę zieleni. Ale o tym w następnym odcinku.
ZDJĘCIA Z CHILE DOSTĘPNE TUTAJ (PICTURES).
Napisane w Chile | Tagi: Ameryka Łacinska, autostop w Chile, calama, chacabuco, Chile, Chuquicamata, cud gospodarczy chile, dyktatura pinocheta, hare krishna, Humberstone, indianie, Iquique, la serena, miedź, najwieksza odkrywkowa kopalnia na swiecie, pinochet, poconchile, rasizm w chile, rezerwat Lauca, saletra, san pedro de atacama, valle de la luna, wioska hare krishna
W piach się obróci. Peru cz. IV.
Wyjeżdżając ostatnim razem z Peru mieliśmy serdecznie dość tego przydługiego, suchego wybrzeża. Pustynia, pustynia, szara pustynia… Godziny gapienia się w piach.
Autobus nocny Lima – Arequipa jak zwykle okazał się udręką. Jak można spać w pozycji siedzącej czy nawet półleżącej? Noc upływa na zmuszaniu się do drzemki, tym razem prawie bezskutecznym. Doskonale się złożyło, bo inaczej przegapilibyśmy ten niesamowity moment, gdy cieplejsze powietrze poranka delikatnie rozsuwa chmury leżakujące między morzem a górami w czasie nocy a pierwsze promienie słoneczne magicznie podświetlają mgłę. Świt odkrywa zupełnie inne oblicze pustyni. Piach ożywiony grą półcieni, pokolorowany barwami poranka to zupełnie inny piach. Teraz nawet pustynia upstrzona kolorowymi domami slumsów w Limie może się podobać.
Kulinarna rekonkwista. Welcome back to South America!
Tu nastąpił zaskakujący zwrot akcji. Z Meksyku korytarzem powietrznym przedostaliśmy się znów do Ameryki Południowej, a takie wydarzenie przywołuje wspomnienia, odświeża smaki… Zobaczcie, co nam się przypomniało, gdy znów postawiliśmy stopę na peruwiańskim mercado central.
Kuchnia krajów andyjskich to mieszanka wpływów hiszpańskich z lokalną kuchnią Indian, a każda nowa fala imigrantów z Europy czy Azji dodawała kolorytu do palety smaków tego celebrującego jedzenie kontynentu.
Podstawowymi miejscami kulinarnej eksploracji są rynki (tzw. mercado central). Niejednokrotnie są to potężne instytucje, dookoła których obraca się życie miasta.
Generalnie, podzielić je można na części owocowo-warzywną, mięsną, comedorie (miejsce, gdzie serwuje się gotowe posiłki) oraz sektor ze świeżymi sokami i deserami. Comedoria z kolei dzieli się na śniadania, obiady i kolacje, gdzie dane części rynku ożywają o określonych porach. Najczęściej konkretną sekcję obsługuje kilka pań serwujących identyczne dania w identycznych cenach.
Niemniej konkurencja jest zaciekła i gdy kroczysz między stoiskami, co i rusz dueña (właścicielka stanowiska) będzie cię nawoływać, zachwalając swoje dania lub delikatnie obejmując twoje ramie, zaprowadzi na ławeczkę przy swoim stanowisku.
Część potraw jest wspólna dla Boliwii, Peru i Ekwadoru, inne będą dostępne tylko w danym kraju.
I tak: z rana królują drobne przekąski, takie jak empanady - mięso z warzywami w soczystym sosie, a to wszystko zamknięte w cieście na kształt pieroga lub papy reyeny przypominające pyzy ziemniaczane, nadziewane mięsem, warzywami bądź jajkiem. Dla tych lubiących śniadania na słodko boliwijskie mamity (pieszczotliwe określenie tutejszych kucharek) przygotowane mają gorący, słodki napój api z czerwonej kukurydzy i świeżo upieczone pączki drożdżowe, posypane cukrem pudrem, zwane tu bañuelos.
Przechadzając się ulicami, natykamy się co i rusz na obwoźnych sprzedawców soków, którzy za równowartość 2 złotych uraczą cię sporą szklanką świeżo wyciśniętych pomarańczy lub grejpfrutów, a jak skończysz, zaskoczą cię jappą. To bardzo miły koncept dokładek, który dotyczy napojów, zup czy sałatek owocowych.
Będąc przy owocach, należy nadmienić, że każdy z wyżej wymienionych krajów ma swoją tropikalną część, skąd praktycznie przez cały rok dostarczane są świeże, tropikalne frukty. Z nich panie na kolorowych stoiskach przygotowują salaterki pełne pokrojonych owoców oblanych pysznym, domowym jogurtem, a wieńczy to cudo bita śmietana.
Z egzotycznych owoców na szczególną uwagę zasługuje kwaśne tumbo oraz gorzko-słodkie pomidory z drzewa, tomate de arbol.
Jako, że zbliża się już pora obiadowa, warto wybrać się na kanapkę z chorizo, serwowaną w Sucre na słynnym stoisku “7 lunares”.
Jeśli mamy ochotę na owoce morza, warto podskoczyć na rynek w Arequipie, gdzie serwowany jest specjał Peru – ceviche w najlepszym wykonaniu. Przypomina japońskie sushi, bo ryby, kraby i ośmiornice są surowe, niemniej marynowane w ostro-kwaśnym sosie, co pozbawia je morskiego posmaku.
Dla tych, którym z tych lub innych powodów żołądek szwankuje, polecamy wybrać się na caldo de gallina- rosół z kury, serwowany na gwarnym rynku w Cuzco. Krzepi i momentalnie stawia na nogi.
Po sytym obiedzie nasz organizm domaga się słodkiego, więc gorączkowym wzrokiem szukamy dziewcząt chodzących z tackami, na których w kolorze biało-czerwonym pysznią się kubeczki z ryżem na mleku pokrytym kisielem z owocami.
Wieczorową porą na miasto ruszają sprzedawcy ulicznych przekąsek. Najwykwintniejszym delikatesem jest anticucho czyli pokrojone w cienkie plasterki krowie serce z grilla, pędzelkiem posmarowane olejem z przyprawami. Jeśli ów pędzel dzierży kulinarny artysta, otrzymuje się delikatne, kruche mięso, które znika szybko, zostawiając samotny patyczek.
Niemniej przekąskami się nie zadowalamy i zamawiamy talerz zupy z orzechów (sopa de mani). Jest to danie pożywne i tak bogate w smaku, że nie dziwi fakt opuszczenia Boliwii przez McDonalds’a. W tym kraju ta instytucja nie ma racji bytu, gdyż w cenie gumowego hamburgera można tu kupić dwudaniowy obiad albo lomito, czyli piramidę z ryżu, frytek, mięsa i surówek, która ledwo mieści się na talerzu.
Dla tych, którzy chcieliby ucieszyć oko i podniebienie, Ekwador proponuje prosiaka, leżącego rozłożyście na blacie, z którego dueña gołymi rękoma wyskubuje różne części mięsa, dokłada przysmażone ziemniaczki i kawałki chrupiącej skórki.
Ostatnim, równie ciekawym wizualnie daniem jest cuy (świnka morska), dawniej główny delikates prekolumbijskiej Ameryki. Aktualnie doprowadzony do perfekcji i serwowany w picanteriach, najczęściej na obrzeżach miast.
Ciekawostką jest, iż sporadycznie można natknąć się w Ameryce Południowej na polską kuchnię. Zwłaszcza tzw. sandwich a’la Polaco cieszy się niesłabnącą popularnością na rynku w Sucre. Dwieście kanapek sprzedanych w przeciągu dwóch godzin mówi samo za siebie. Polska wódka, najlepsza na świecie, również jest dostępna w wielu zakątkach tego kontynentu.
Jeżeli czytając ten artykuł pociekła ci ślinka, jesteśmy wielce radzi, że przekonaliśmy cię do rynków Ameryki Południowej, które codziennie karmią miliony ludzi, a ty, mam nadzieję, pewnego dnia będziesz jednym z nich.
Napisane w Boliwia, Ekwador, Peru | Tagi: anticucho, api, Arequipa, bañuelos, Boliwia, caldo de gallina, ceviche, chorizo, cuy, Cuzco, ekwador, empanady, kuchnia ameryki poludniowej, Kuchnia krajów andyjskich, lomito, mercado central, owoce morza, papa reyena, Peru, picanteria, sopa de mani, Sucre, tomate de arbol, tumbo
Meksyk – plaża, Playa i tylko bicz! Cz. II.
Odwiedziliśmy wesołe miasteczko, gdzie zrekompensowaliśmy sobie brak niebezpieczeństw i pozwoliliśmy, by strach nam zajrzał w oczy.
Następnym gospodarzem był niesamowicie inteligentny Argentyńczyk Julian, który razu jednego udał się do Holandii, gdzie z wyboru żył na ulicy, a potem squacie, jadł ze śmietników i kradł z supermarketów. I tu ciekawe spostrzeżenie, bo kradł na początku najtańsze rzeczy, po czym stwierdził, że nie ma różnicy i pod bluzkę ładował łososia. Z tego, jak to określił, dna doszedł do aktualnego miejsca, czyli szefa firmy internetowej, który żyje sobie wygodnie w dość drogim, tradycyjnym jukatańskim domku 300 metrów od plaży. Człowiek ten przeżył w swoim krótkim 25-letnim życiu tak dużo, że osiągnął ten niesamowity spokój duszy i pewność, że, jak śpiewał klasyk, ¨every little thing is gonna be alright!¨ (wszystko będzie dobrze). Rozlewał ten spokój na swoje otoczenie, a my sami z chęcią w ten spokój wstępowaliśmy. Życie w biedzie nauczyło go pomagać ludziom i nigdy nie przeszedł obojętnie koło potrzebujących dzieci. Sypnął groszem czy kupił lody.
Z Julianem odbywaliśmy długie rozmowy o przyszłości naszej planety i rodzaju ludzkiego. Przekonał on nas, że naszym celem nie powinny być większe pieniądze, a technologia, która nas od nich uratuje. Dzięki niej będziemy mogli pracować po 2 godziny dziennie, resztę czasu poświęcając na nasze zainteresowania, znajomych czy rodziny. Ktoś powie: ¨A co z tymi wszystkimi leniwymi ludźmi, którzy twierdzą, że nie muszą pracować? Może nie chcą pracować, bo nie mogą wykonywać pracy, która by ich interesowała.
Potrzeba posiadania więcej jest w nas wpojona, bo akumulujemy dobra na wypadek złych czasów. A co jeśli podstawowe potrzeby byłyby zapewnionec Strach o przeżycie przeminąłby raz na zawsze. Czy jest to tylko kwestia odpowiedniego wykorzystania i redystrybucji zasobów? Gorąco polecamy filmy z serii ¨The Venus Project¨ (link do całego filmu dostępny jest tutaj) oraz ¨Zeitgeist: Addendum¨, głoszący pewne interesujące opinie na temat współczesnej ekonomii. Do obejrzenia cały film na youtubie.
Będąc w samym centrum Playa del Carmen mogliśmy z bliska przyjrzeć się temu fenomenowi turystyki masowej, choć to nie mega moloch jak sąsiednie słynne miasto Cancun.
Playa jest jak dziwka, która oferuje full service. Jest tu wszystko, czego potrzebujesz na wakacjach: piękna, czysta plaża, ciepłe morze, sporty wodne, komfortowe hotele, drogie i zapewne dobre restauracje (my zajadaliśmy się w tych tanich i było to niebo w gębie) oraz dyskoteki i zapewne burdele. Jest to miasto młode, zaledwie 30-letnie i jest pełne młodych ludzi. W powietrzu wisi sex i mówi się, że jeśli przyjedziesz tu jako para to na bank się rozejdziecie, bo miasto wodzi na pokuszenie. My wyszliśmy bez szwanku.W międzyczasie zahaczyliśmy o nudny festiwal jazzowy, bo o dziwo w tym latynoskim kraju nikt nie tańczył, a ci co chcieli byli od razu przywoływaniu do porządku. Za to dyskoteki były dzikie i wszystkie praktycznie na jednej ulicy, więc przeskakiwaliśmy z miejsca na miejsce na jednej rozhuśtanej nóżce.
Okolice Playi też mają wiele do zaoferowania. Delfinaria czy parki rozrywkiz chęcią ssą kasę turysty. My zaszaleliśmy i zanurkowaliśmy w cenotach. Są to takie jakby zalane jaskinie czy też bardzo głębokie stawy. Wszystko połączone siecią tuneli o długościach idących w setki kilometrów. Nurkowanie tu jest trochę inne, gdyż daje bardzo ciekawe uczucie, zwłaszcza jak widzisz bąbelki powietrza spływające po suficie niczym małe strumyki i miejscami tworzą lustrzane stawy powietrza. Niestety w tym pięknym miejscu nasz nieodżałowany aparat podwodny stracił swą podwodność, więc zdjęć własnych nie mamy, a szkoda wielka…
W międzyczasie udaliśmy się też na dwa dni na Islę Mujeres (wyspa kobiet), gdzie już totalnie nie było co robić, tylko moczyć się w wodzie i zbierać olbrzymie muszle.
Te 2 tygodnie w Playi upłynęły pod znakiem lenistwa i niczego szczególnego. Niemniej miejsce wyryło się w naszej pamięci i zapewne wrócimy kiedyś tam z większą ilością mamony, by móc w pełni korzystać z uroków tego miejsca, a z Julianem najpewniej spotkamy się za 3 miesiące w jego rodzinnej Argentynie. Już się cieszymy na spotkanie z przyjacielem!JEŚLI CHCESZ OBEJRZEĆ ZDJĘCIA Z TEGO PIĘKNEGO MIEJSCA, KLIKNIJ TUTAJ (PICTURES).
Napisane w Meksyk | Tagi: Meksyk, playa del carmen
Meksyk nielegalny. Cz. I.
W ten sposób dochodzimy do swoistej drabiny ludów, gdzie ten, co wyżej, patrzy z góry na tego, co niżej, ale i na niego ktoś z pogardą spogląda z góry i nie chce dopuścić na swój szczebelek. Tu przytoczę sytuację z ostatnich kilku lat, gdy…
Czytaj dalej…
Szczęśliwych zbiegów okoliczności w 2012!
Chcecie – wierzcie lub nie wierzcie! Gdy spacerowaliśmy po lekko nijakim chilijskim mieście Chillan, natknęliśmy się na sklep monopolowy Warszawa. Chwilę później pojawił sę jakiś taki znajomy pojazd 4-kołowy… To sie nazywa fotograficzny fart i takiego farta życzymy Wam w 2012!
Napisane w Chile
Na ostrzu noża. Salwador i Gwatemala.
Wczłapaliśmy się na wulkan z hordą Salwadorczyków. Akurat mieli wolne, gdyż trwało święto. Święto zmarłych w Salwadorze jest kolorowe i rodzinne. Groby upstrzone są wieńcami kwiatów i pstrokatych, kolorowych wycinanek, jakie robiło się na ZPT z okazji Mikołaja. Na cmentarzu jest gwarno i tłumnie, a nieopodal na stoiskach gastronomicznych smażą się pupusy. Tu warto zboczyć z myśli, gdyż…
Czytaj dalej…
Napisane w Gwatemala, Salwador | Tagi: Antigua, bezpieczenstwo w Gwatemali, Chichicastenango, cywilizacja Majów, Gwatemala, Jukatan, Majowie, pupusy, Salwador, San Salvador, Tikal, wulkany w salwadorze, Święto zmarłych
Jak zwykle co roku o tej samej porze…
W zeszłym roku zabrakło nam na Święta wszystkiego: atmosfery, choinki, tradycyjnych potraw i przede wszystkim bliskich. W tym roku będzie rybka (choć nie karp), barszczyk (choć z proszku), pierogi z kapustą i grzybami (prawdziwe, własnoręcznie ulepione!!!), trochę bombek. Znów jednak zabraknie rodziców, rodzeństwa i małych bąbli śpiewających kolędy Mikołajowi, niecierpliwie czekających na prezenty. Choć Święta spędzimy w wesołym, polskim gronie, zabraknie też spotkań ze starymi znajomymi…
Kochani!
Życzymy Wam wspólnie spędzonych chwil z bliskimi Wam osobami!
Życzymy Wam marzeń, których nigdy nie zabraknie i sukcesów w ich realizacji!
Życzymy Wam, żeby każdy kolejny dzień od dziś był radosny!
Życzymy Wam BARDZO WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Napisane w Chile
Mroczna strona podróży.
Z rana szybko spakowała swój mały namiot, dojadła to, co zostało z wczoraj i jak niemal codziennie od dwóch miesięcy wsiadła na rower.
Tak naprawdę uwielbia chodzić. Przeszła samotnie rodzinne USA. Dwa razy: z północy na południe i z południa na północ. Najbardziej podobały jej się kilkudniowe odcinki w górach i parkach narodowych, gdzie często przez parę dni nie spotykała żywej duszy. Parę lat wcześniej wyrzuciła telefon komórkowy, ale by nie tracić kontaktu z najbliższymi nosi ze sobą urządzenie, z którego co wieczór wysyła do rodziny i znajomych sygnał ze swoją lokalizacją i informacją: ”Wszystko ok” lub ”Potrzebuję pomocy”.
W zeszłym roku pojechała pracować w kuchni na amerykańskiej stacji badawczej na Antarktyce. Dobry czas, niemniej nie posiadała się z radości, gdy…
Czytaj dalej…
W grudniu po południu…
13-EGO WSZYSTKO ZDARZYĆ SIĘ MOŻE!
13-EGO ŚWIAT W RÓŻOWYM KOLORZE!
13-EGO PIĘKNIEJSZE MAM SNY!
13-EGO NAWET W GRUDNIU JEST WIOSNA!
13-EGO! A JAKI 13-EGO JESTEŚ TY?
Zanurkuj w Amerykę Centralną. Nikaragua i Honduras.
Warty napomknięcia jest fakt dojścia do władzy pana Ortegi, który 20 lat temu, przy usilnych staraniach USA został od niej odsunięty. Aktualnie jego polityka nie jest już tak radykalnie socjalistyczna. Niemniej…
Czytaj dalej…
Kosta ryczy.
Czytaj dalej…
Napisane w Kostaryka | Tagi: ameryka centralna, Kostaryka, permakultura, united fruit company
Panama. Operacja: “Republika Ziemniaczana”.
Dzień 1.
Początkowa animacja łódki wpływającej do portu to majstersztyk, zwłaszcza na Amidze500. Widać można wydusić sporo kolorów z „przyjaciółki”. Na lądzie kup gazetę w kiosku (buy newspaper), przeczytaj z jakim krajem Panama ma przyjazne stosunki, pójdź do ubikacji i wyrób paszport tego kraju, używając walizki (use briefcase). Wsiądź do autobusu i wybierz z trzech dialogów „Take me to the crossroad”. Nie jedź bezpośrednio do miasta chyba, że chcesz obejrzeć animację, jak panowie w ciemnych okularach zakuwają cię w kajdanki. Na skrzyżowaniu podejdź pod znak „Panama City” i użyj kciuka (use thumb). Ciężarówka wysadzi cię gdzieś w mieście. Na mapce jest aktualnie tylko mieszkanie amerykańskiego szpiega. Po kliknięciu (animacja windy wjeżdżającej na 23-cie piętro) spotkasz się z Davidem. Porozmawiaj z nim i wyczerp wszystkie tematy. Dowiesz się o różnicy pomiędzy skomplikowanym systemem wyborczym w USA, gdzie wybrać możesz tylko pomiędzy dwoma partiami, a systemem polskim, gdzie partie rodzą się, dzielą i umierają (możesz tą przydługą gadkę przeskoczyć wciskając Ctrl+Alt+L). Jeśli klikniesz na balkon, możesz popodziwiać panoramę Panama City.
Czytaj dalej…
Napisane w Panama | Tagi: amerykanska interwencja w panamie, kanal panamski, Noriega, panama, Panama City, zoo w panamie
Kolumbia – szukajcie, a znajdziecie. Cz. II.
Nie doceniliśmy jednak mocy “chciejstwa” i dobrej karmy. W Tagandze, idąc na wieczorny spacer, Maja zauważyła nieszczęśnika ze stwardnieniem rozsianym, który upadł idąc po kamienno-błotnej drodze. Pomogła mu dojść do asfaltu. Tam pan powiedział, że…
Czytaj dalej…
Wenezuela – ZŁO, ZŁO, AGRESJA!!!
Dojechaliśmy do Meridy, gdzie potajemnie zamieszkaliśmy w akademiku u pary sympatycznych, couchsurfingowych pedałów. Już po przybyciu jedno z pierwszych pytań było o Chaveza. Bo nie da się ukryć, że ten kolorowy prezydent rozsławił Wenezuelę niczym Łukaszenko Białoruś. Niemniej w tym przypadku obraz nie jest tak czarno-biały, jak u naszych wschodnich sąsiadów. Opozycja trzyma się całkiem mocno, a wybory są uczciwe, pomijając fakt, że…
Czytaj dalej…
Napisane w Wenezuela | Tagi: Hugo Chavez, Merida, Wenezuela
Kokainowi kowboje. Kolumbia cz. I.
Mindo jESt Lindo. Ekwador cz. III.
Baños to miejscowość bardzo przyjemna, otoczona pięknymi górami, a jedynym felerem były codzienne opady deszczu. Zadomowiliśmy się u bardzo fajnego CSa, u którego było już…
Czytaj dalej…
Na wyspach Galapagos podobno… Ekwador cz. II.
Wielkie marzenie Mai – wyspy Galapagos. Po wylądowaniu na lotnisku rodem z ¨Przystanku Alaska¨ udaliśmy się do Puerto Ayora, centrum dowodzenia Galapagos. Zdziwiliśmy się niezmiernie, gdyż ten archipelag w niczym nie przypomina tropikalnych wysp. Krajobraz raczej pustynno-wulkaniczny, a pogoda umiarkowana z lekkimi opadami. Niemniej już pierwszego dnia ujrzeliśmy całą galerię zwierzaków, które traktowały człowieka raczej jak denerwującego intruza niż niebezpieczeństwo. Zobaczyliśmy gigantyczne żółwie w Centrum Darwina, którym czas wydawał się pojęciem względnym, bo żyjąc 200 lat lub więcej nigdy ci się nie spieszy, więc i egzystencja trochę bardziej leniwa i rozległa…
Czytaj dalej…
AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI
12 września ruszyła akcja AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI. Jeśli chcesz, by dziecko w okresie największej chłonności jego umysłu miało kogoś, kto pokieruje, przypilnuje i natchnie je ciężkiej pracy, masz okazję wspomóc tą akcję. Możesz śledzić poczynania swojego podopiecznego oraz jego sukcesy, być może pewnego dnia ujrzeć go w telewizorze jako ¨bardzo ważną osobę¨. Jeśli ktoś może zmienić ten świat, to właśnie one – nasze najmłodsze pokolenie! Do dzieła – dzieciaki czekają!
Szczegóły akcji można znaleźć na stronie www.akademiaprzyszlosci.org.pl


Napisane w Bez kategorii
Mój Ekwador ulubiony, ulubioonyyy… Cz. I.
Napisane w Ekwador | Tagi: Cuenca, ekwador, Galapagos, Guayaquil, kapelusze panamskie, la balsa, prezydent ekwadoru, Vilcabamba, wyspy Galapagos
Kategorie
- Argentyna
- Armenia
- Australia
- Boliwia
- Chile
- Chiny
- Ekwador
- Gruzja
- Gwatemala
- Honduras
- Hong Kong i Macao
- Indonezja
- Iran
- Kambodża
- Kazachstan
- Kirgistan
- Kolumbia
- Kostaryka
- Laos
- Malezja
- Meksyk
- Nikaragua
- Nowa Zelandia
- Panama
- Peru
- Polska
- Salwador
- Singapur
- Tadżykistan
- Tajlandia
- Turcja
- Turkmenistan
- Uzbekistan
- Wenezuela
- Wietnam








































