Napisane przez: klapkikubota | 2012/05/17

Niemieccy imigranci.

“Niemieccy imigranci” brzmi w dzisiejszych czasach jak oksymoron, bo oprócz emerytów osiedlających się w egzotycznych krajach czy młodych ludzi spędzających przygodę życia w Australii, to raczej setki tysięcy obcokrajowców spragnionych lepszego bytu puka do Niemiec bram.

Klub Niemiecki w Puerto Varas.

A to było tak! 200 lat temu przeludniona Europa szukała miejsca, gdzie można by ten nadmiar zesłać. Nowo powstałe kraje Ameryki Północnej i Południowej były do tego idealne. Słabo zaludnione, bo wyludnione przez konkwistadorów, były głodne nowych rąk do pracy. W tym czasie Chile nadal zmagało się z ostatnimi wolnymi Indianami południa. Dzielni i okrutni Mapuche wciąż swobodnie poruszali się po terytorium swoich przodków i od czasu do czasu puszczali z dymem hiszpańską osadę. Dni ich wolności były jednak policzone, gdyż nowo powstałe państwo miało też głód nowych terytoriów. Emisariusze wysyłani na europejskie dwory zaczęli sprowadzać osadników. Wkrótce napłynęli Polacy, Anglicy, Chorwaci, a nade wszystko Niemcy, którzy po dziś dzień wpływają na losy Chile. Otrzymali oni ziemie, które należały do Mapuchów i rozgorzała walka. Wojny tej Indianie nie byli w stanie wygrać i jak ówcześnie cały świat, musieli podporządkować się dyktatowi Europy.

Niemcy w swojej wytrwałości i pracowitości wyróżniali się wśród imigrantów. W miejscach, gdzie inni odpuszczali, oni parli naprzód, zmagając się z przeciwnościami losu. Osiedlali się głównie w rejonie najbardziej przypominającym fatherland. Kraina jezior, pełna gór i lasów, w której panował umiarkowany klimat pozwoliła im przeszczepić swoją kulturę i nawyki. Po dziś dzień można kupić tam ciasta (kuchen) czy niemieckie piwo.

Przeszpiegi.
Pierwszym miastem, gdzie podjęliśmy trop, była Valdivia. Zrządzeniem losu wylądowaliśmy u pary Chilijczyków, którzy 5 lat studiowali w Niemczech, a teraz pracują w niemieckich firmach w Chile. Bo trzeba Wam wiedzieć, że potomkowie Niemców, Francuzów czy Anglików nadal trzymają w garści gospodarkę tego kraju, zaś niemiecka krew płynąca w żyłach gwarantuje ułatwiony start w życie. Najlepsze w regionie szkoły podstawowe czy średnie są niemieckie (każda organizuje wyjazdy uczniów na parę tygodni/ miesięcy/ lat w celu poznania “kraju ojczystego”). Niemiecka ochotnicza straż pożarna, do której należał nasz gospodarz, otrzymuje najlepszy sprzęt od zaprzyjaźnionych jednostek z Reichu. Istnieją elitarne zrzeszenia niemieckie, których rozległa sieć kontaktów ułatwia załatwienie niejednej sprawy.

Chilijski folklor jakiś taki znajomy…


W poszukiwaniu berlińskiego łącznika udaliśmy się do najsłynniejszego lokalnego browaru Kunstmann, gdzie zabrał nas na stopa urodzony tu chłopak mówiący po hiszpańsku z niemieckim akcentem. Sam browar oczywiście też w klimacie – cycate kelnerki i kelnerzy w szelkowatych spodenkach, dobry browar w niedobrej cenie i przyśpiewki z głośników wprost z Octoberfest.

Asymilacja.
Tak często słyszy się, że imigranci w Niemczech się nie asymilują, wręcz starają się narzucić swój porządek, a dokładnie to Niemcy zrobili w Chile. Ich wpływ jest niewspółmiernie większy, gdyż nie tylko ociera się o najwyższe kręgi gospodarcze, lecz zmienił też mentalność narodu. Chilijczycy wyróżniają się na tle chaotycznej Ameryki Południowej porządkiem, praworządnością, pracowitością, za co płacą chłodniejszym temperamentem niegodnym Latynosów. Niski współczynnik korupcji, zwłaszcza wśród policjantów, wróży temu krajowi świetlaną przyszłość, w przeciwieństwie do wciąż wstrząsanej kryzysami, przeżartej korupcją włoskiej Argentyny.

Jaka z tego konkluzja? Jeśli dało się ten Niemiecki model po części przeszczepić w tak odległe miejsce i zaimplementować w całym społeczeństwie to może i u nas można by zaadoptować najlepsze cechy sąsiada i je na polska modłę zmutować?

Gabinet osobliwości.
Uniwersytet w Valdivi skrywa osobliwy gabinet, w którym to wystawione są osobliwie zmutowane zwierzaki. Człowiek czuje się nieswojo niczym w Fallout-cie. Zobaczcie sami TU jeśli Wasze nerwy są dostatecznie mocne.

ZDJĘCIA Z NIEMIECKIEGO CHILE (PICTURES).

Niemiecka straż pożarna w Chile.

Napisane przez: klapkikubota | 2012/05/02

Graffiti a akupunktura, czyli jak się żyje w hobbitowie.

Spytacie, co wspólnego ma graffiti i akupunktura? Zupełnie nic. No nie zupełnie. Jest taka mała chilijska osada, która skutecznie opiera się pośpiechowi współczesnego świata. Villarica nad jeziorem o tej samej nazwie jest cichym i spokojnym miasteczkiem, gdzie przyjęła nas przesympatyczna para Paola i Jorge. Zamieszkaliśmy w ich domu dla hobbitów, gdzie oddawałem się czołobitności niskim progom. Żyliśmy ich hobbickim trybem życia z małymi troskami i wielką radością życia. Tu każdy dzień był okazja do odwiedzenia kogoś z rodziny albo sąsiada na “krótką” godzinkę – ot tak, by pogadać o niczym szczególnym. Samo miasto ma utalentowanych grafficiarzy, których dzieła możesz obejrzeć tu.

A co do akupunktury, to sympatyczna amerykanka Pat, która też z nami przebywała w ramach CS, miała moc specjalną w rękach. Potrafiła nimi leczyć. I o ile akupunktura kojarzy się z igłami, ta była psychicznie przyjemna, bo energię naszych ciałach pobudzała Pat palcami. I tak bóle pleców od ciągłego tachania plecaka przeszły jak ręką odjął. Wiara w czary mary czyni cuda. A sama wiara w samego siebie potrafi uczynić cię wszechpotężnym.

ZDJĘCIA Z HOBBITOWA (PICTURES).

Czary mary!

Napisane przez: klapkikubota | 2012/04/17

Hip! Hip! Hippisi!

Tęczowy uścisk.

No i udało się! Po półtora roku, od kiedy nasz couchsurfer Kiarash z Iranu opowiedział nam o Rainbow Gathering i średnio intensywnych poszukiwaniach nasz przyszły couchsurfer z Villarrici wyskoczył z propozycją udania się w okoliczne góry na ten dziwaczny zjazd brudasów. Bo czym jest teoretycznie owe Tęczowe Zgromadzenie? Idea jest stara jak hippisi. Ludzie zbierają się w jednym, odległym od cywilizacji i bogatym w naturę miejscu. Przez księżycowy miesiąc starają się żyć zgodnie z ową naturą, bez pieniędzy, w systemie ekonomicznym przypominającym barter. Tyle od strony technicznej.

Od strony praktyczniej wygląda to mniej więcej tak:
Po wdrapaniu się na stromą górkę ujrzeliśmy pierwsze namioty rozbite to tu, to tam, a z oddali dochodziły nas…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/04/02

Czajnik elektryczny, a czemu nie samochód?

A to było tak! Podczas całej naszej podróży co i rusz pojawiał się temat samochodów elektrycznych. Ta idea śledzi mnie od dłuższego czasu zwłaszcza, że nie jest to jakieś science fiction, jak lot na Marsa. To się dzieje tu i teraz (tak naprawdę już 100 lat temu były samochody elektryczne). A czemu akurat samochód elektryczny? Bo jest to idea rewolucyjna! Zmiana w życiu każdego z nas byłaby przeogromna.

Wyobraźmy sobie miasto, gdzie każdy jeździ wyłącznie samochodem elektrycznym. To ustawiczne buczenie, warkoty i ogólny tumult, który panuje w każdym mieście zaniknąłby. Metropolie stałyby się ciche. Żyłoby się jak na wsi, gdzie…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/03/26

Święta, święta i po świętach!

Z sałatką polską w Nowy Rok.

Jako że zbliżają się święta Wielkanocne, my wspomnimy słowem ostatnie Boże Narodzenie. Przyfarciło się nam wówczas okrutnie, bo na Święta wynalazłem Czecha, którego namierzyli również Ola i Marcin z Wrocławia. Ów Pepiczek sympatyczny zgrał nas w świąteczną zgraję. Boże Narodzenie 2010 spędziliśmy w muzułmańskiej części Tajlandii w obskurnym hotelu z karaluchami, więc te chcieliśmy bardzo-ale-to-bardzo spędzić w domowej atmosferze. Tako też sobie wykreowaliśmy, bo i Polacy byli i dania swojskie łącznie z naszymi ulubionymi pierogami z kiszoną kapustą, za którą należy podziękować…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/03/16

Grafitowe miasto.

Valparaiso to jedno z najfajniejszych miast w Chile. Słynie ze stromych uliczek, trzecich największych fajerwerków noworocznych na świecie, ulicznych wind i lokalnej odmiany szmirowatej Eurowizji. My zgłębiliśmy uliczki Valpo. Tu sztuka jest na każdym kroku, na każdym zakręcie, wciśnięta w najgłębsze kąty. To tu można poczuć, co dla starego, rozsypującego się miasta znaczy wolność tworzenia na murach. Obdrapane ściany ożywają malunkami, a kilometry uliczek zasysają cię coraz bardziej wgłąb, bo za każdym rogiem czai się nowe, ciekawe graffiti. Porozmawialiśmy z lokalnym grafficiarzem imieniem Gonzalo. Ten studen sztuki w biały dzień, bez stresu mógł tworzyć to, co mu się w głowie urodziło.

Żądamy więcej sztuki w miastach!

ZOBACZ WSZYSTKIE ZDJECIA Z MAGICZNEGO VALPARAISO (PICTURES).

Dziedzictwo ludzkości - nie da się zaprzeczyć...

Dziedzictwo ludzkości.

Wie wszystko o Tobie!

Wie wszystko o Tobie!

Napisane przez: klapkikubota | 2012/03/06

Wszechświata umysłem nie ogarniesz.

Chilijczycy lubią prezentować dziwa swego kraju.

La Serena była przyjemnym, bo prawie kolonialnym miastem. Jakiś prezydent w latach 50-tych kazał je przebudować na tą piękną modłę. Rozkoszowaliśmy się zielenią i przyjemną pogodą oraz naszą couchsurferką – sympatyczną studentką Cecylią.
Opowiedziała nam o bardzo ciężkim losie studentów w Chile, bo student w Chile nie może być biedny. Biednego studenta nie będzie stać na czesne, które tu, w zależności od kierunku, wynosi od 600 do 1.500 zł miesięcznie, przy średnich zarobkach podobnych do tych w Polsce. Tak więc albo twoi rodzice są dziani, albo zaciągasz kredyt, który wcale nie jest preferencyjny (średnio spłacasz dwa razy tyle). Do tego kredyt na mieszkanie i już jesteś w przysłowiowej dupie, bo bez wykształcenia szanse na dobrze płatną pracę są nikłe.
Z tej sytuacji narodziły się protesty studenckie, które…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/02/28

Autostopem do nieba.

Po Nowej Zelandii, która wydawała się autostopowym rajem na ziemi, przydarzyło nam się Chile. Porównując czas oczekiwania Chile wypada lepiej, ale i specyfika tutejszego stopa jest inna. Po pierwsze: jedna droga krajowa nr 5 przecinająca kraj z północy na południe. Ponad 3.000 często prostej i przez to nudnej trasy.

Najczęściej zabierają nas kierowcy ciężarówek, którzy pokonują setki, a w zasadzie tysiące kilometrów w tym chudym jak patyk kraju, gdzie europejski 8-godzinny limit  za kierownicą nie obowiązuje. Piętnaście godzin w drodze czy zaspana nocka to norma, tak więc by przerwać tę nudę i podeprzeć czymś przekrwione oczy…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/02/17

Chile – ziemia obiecana.

Nietypowa architektura Hare Krishna.

Chile było krajem długo wyczekiwanym w Ameryce Łacinskiej. Ciągłe podświadome uczucie zagrożenia ustąpiło, wyciągnięty kciuk haczył ciężarówki z prędkością światła, a supermarkety oferowały dobry chleb, kiełbasy i sery.

Ale od początku. Już po przekroczeniu granicy z Peru o 8 rano udaliśmy się do rezerwatu Lauca pod granicą z Boliwią. Ciężarówka wspinała się ociężale, a roboty drogowe w ostateczności powstrzymały nas od dotarcia do celu. Zjechaliśmy z tych 4000 m w dół oddychając z ulgą cieplejszym i bardziej gęstym powietrzem. O 21 wylądowaliśmy w Poconchile, gdzie znajduje się wioska Hare Krishny

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/02/02

W piach się obróci. Peru cz. IV.

Wyjeżdżając ostatnim razem z Peru mieliśmy serdecznie dość tego przydługiego, suchego wybrzeża. Pustynia, pustynia, szara pustynia… Godziny gapienia się w piach.

Autobus nocny Lima – Arequipa jak zwykle okazał się udręką. Jak można spać w pozycji siedzącej czy nawet półleżącej? Noc upływa na zmuszaniu się do drzemki, tym razem prawie bezskutecznym. Doskonale się złożyło, bo inaczej przegapilibyśmy ten niesamowity moment, gdy cieplejsze powietrze poranka delikatnie rozsuwa chmury leżakujące między morzem a górami w czasie nocy a pierwsze promienie słoneczne magicznie podświetlają mgłę. Świt odkrywa zupełnie inne oblicze pustyni. Piach ożywiony grą półcieni, pokolorowany barwami poranka to zupełnie inny piach. Teraz nawet pustynia upstrzona kolorowymi domami slumsów w Limie może się podobać.

SPOJRZENIE NA PERU OKIEM APARATU (PICTURES).

Poranne wstają zorze.

Napisane przez: klapkikubota | 2012/01/26

Kulinarna rekonkwista. Welcome back to South America!

Tu nastąpił zaskakujący zwrot akcji. Z Meksyku korytarzem powietrznym przedostaliśmy się znów do Ameryki Południowej, a takie wydarzenie przywołuje wspomnienia, odświeża smaki… Zobaczcie, co nam się przypomniało, gdy znów postawiliśmy stopę na peruwiańskim mercado central.

Kuchnia krajów andyjskich to mieszanka wpływów hiszpańskich z lokalną kuchnią Indian, a każda nowa fala imigrantów z Europy czy Azji dodawała kolorytu do palety smaków tego celebrującego jedzenie kontynentu.

Podstawowymi miejscami kulinarnej eksploracji są rynki (tzw. mercado central). Niejednokrotnie są to potężne instytucje, dookoła których obraca się życie miasta.

Mercado central - czekając na klienta...


Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/01/17

Meksyk – plaża, Playa i tylko bicz!

I jest szacunek na dzielni!

Z Sisalu przebiliśmy się do Playa del Carmen, która z chwilowego przystanku zamieniła się w 2-tygodniową miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwszy couchsurfer był szalenie zakochany w swoim psie. Karmił go taką dawką miłości, że pomimo, iż czworonóg ów był wielkim bydlakiem, był też jednym z najmilszych psów, jakie poznałem. Poznałem też, co to szacunek ludzi, kiedy idziesz ulicami z taką bestią w pełnym bojowym runsztunku.
Odwiedziliśmy wesołe miasteczko, gdzie zrekompensowaliśmy sobie brak niebezpieczeństw i pozwoliliśmy, by strach nam zajrzał w oczy.

Następnym gospodarzem był niesamowicie inteligentny Argentyńczyk Julian, który razu jednego udał się do Holandii, gdzie z wyboru żył na ulicy, a potem squacie, jadł ze śmietników i kradł z supermarketów. I tu ciekawe spostrzeżenie, bo kradł na początku najtańsze rzeczy, po czym stwierdził, że nie ma różnicy i pod bluzkę ładował łososia. Z tego, jak to określił, dna doszedł do aktualnego miejsca, czyli szefa firmy internetowej, który żyje sobie wygodnie w dość drogim…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/01/09

Meksyk nielegalny. Cz. I.

Teletubisie w Palenque.

Przekroczyliśmy granicę z Meksykiem w bardzo sympatycznej atmosferze i zaiste czuliśmy się jak goście. Celnicy zagadywali z uśmiechem jak tam podróż, gdzie jedziemy i co słychać w Polsce. W ten sposób, zadowoleni, że jesteśmy w innym, lepszym świecie – uporządkowanym, czystszym, bogatszym, wsiedliśmy w autobus. Po 20 minutach jazdy zatrzymaliśmy się przy grupce ludzi. Ci wsiedli, kierowca zbadał ich wzrokiem i stwierdził, że są nielegalni i nie mogą z nami jechać, bo i tak wyłapią ich na następnej kontroli.
W ten sposób dochodzimy do swoistej drabiny ludów, gdzie ten, co wyżej, patrzy z góry na tego, co niżej, ale i na niego ktoś z pogardą spogląda z góry i nie chce dopuścić na swój szczebelek. Tu przytoczę sytuację z ostatnich kilku lat, gdy…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2012/01/01

Szczęśliwych zbiegów okoliczności w 2012!

Chcecie – wierzcie lub nie wierzcie! Gdy spacerowaliśmy po lekko nijakim chilijskim mieście Chillan, natknęliśmy się na sklep monopolowy Warszawa. Chwilę później pojawił sę jakiś taki znajomy pojazd 4-kołowy… To sie nazywa fotograficzny fart i takiego farta życzymy Wam w 2012! :)

Napisane przez: klapkikubota | 2011/12/28

Na ostrzu noża. Salwador i Gwatemala.

Kolorowe Święto Zmarłych.

San Salvador jest krajem przyjemnym jeśli chodzi o ludzi, nijakim jeśli chodzi o wszystko inne. Co prawda duży wpływ na tą opinię musi mieć fakt, że w państwie tym gościliśmy tylko trzy dni. Łatwo ominąć jakieś miejsce, ale ludzi się nie da.

Wczłapaliśmy się na wulkan z hordą Salwadorczyków. Akurat mieli wolne, gdyż trwało święto. Święto zmarłych w Salwadorze jest kolorowe i rodzinne. Groby upstrzone są wieńcami kwiatów i pstrokatych, kolorowych wycinanek, jakie robiło się na ZPT z okazji Mikołaja. Na cmentarzu jest gwarno i tłumnie, a nieopodal na stoiskach gastronomicznych smażą się pupusy. Tu warto zboczyć z myśli, gdyż…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/12/24

Jak zwykle co roku o tej samej porze…

W zeszłym roku zabrakło nam na Święta wszystkiego: atmosfery, choinki, tradycyjnych potraw i przede wszystkim bliskich. W tym roku będzie rybka (choć nie karp), barszczyk (choć z proszku), pierogi z kapustą i grzybami (prawdziwe, własnoręcznie ulepione!!!), trochę bombek. Znów jednak zabraknie rodziców, rodzeństwa i małych bąbli śpiewających kolędy Mikołajowi, niecierpliwie czekających na prezenty. Choć Święta spędzimy w wesołym, polskim gronie, zabraknie też spotkań ze starymi znajomymi…

Kochani!
Życzymy Wam wspólnie spędzonych chwil z bliskimi Wam osobami!
Życzymy Wam marzeń, których nigdy nie zabraknie i sukcesów w ich realizacji!
Życzymy Wam, żeby każdy kolejny dzień od dziś był radosny!
Życzymy Wam BARDZO WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

Napisane przez: klapkikubota | 2011/12/17

Mroczna strona podróży.

Z rana szybko spakowała swój mały namiot, dojadła to, co zostało z wczoraj i jak niemal codziennie od dwóch miesięcy wsiadła na rower.

Tak naprawdę uwielbia chodzić. Przeszła samotnie rodzinne USA. Dwa razy: z północy na południe i z południa na północ. Najbardziej podobały jej się kilkudniowe odcinki w górach i parkach narodowych, gdzie często przez parę dni nie spotykała żywej duszy. Parę lat wcześniej wyrzuciła telefon komórkowy, ale by nie tracić kontaktu z najbliższymi nosi ze sobą urządzenie, z którego co wieczór wysyła do rodziny i znajomych sygnał ze swoją lokalizacją i informacją: ”Wszystko ok” lub ”Potrzebuję pomocy”.
W zeszłym roku pojechała pracować w kuchni na amerykańskiej stacji badawczej na Antarktyce. Dobry czas, niemniej nie posiadała się z radości, gdy…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/12/13

W grudniu po południu…

13-EGO WSZYSTKO ZDARZYĆ SIĘ MOŻE!

13-EGO ŚWIAT W RÓŻOWYM KOLORZE!

13-EGO PIĘKNIEJSZE MAM SNY!

13-EGO NAWET W GRUDNIU JEST WIOSNA!

13-EGO! A JAKI 13-EGO JESTEŚ TY?

Napisane przez: klapkikubota | 2011/12/07

Zanurkuj w Amerykę Centralną. Nikaragua i Honduras.

Może cement z pierwszego świata, ale pan ewidentnie z księżyca.

Nikaragua urzekła nas swoją taniością i dobrym jedzeniem na rynku. Taka Boliwia Ameryki Centralnej. Odwiedziliśmy trzy miejsca w tym kraju: wyspę Ometepe, gdzie wiało nudą i relaksem, Granadę, gdzie piękno niskiej, kolonialnej zabudowy upstrzone było masą żebraków i bezdomnych, przypominających, że jest to jeden z najbiedniejszych krajów regionu oraz Matagalpę - regionalne centrum kawy i kakao. Brak pogody i wszędobylska nuda nie pozwoliły, by Nikaragua odcisnęła jakikolwiek znaczący ślad w naszej pamięci długotrwałej.

Warty napomknięcia jest fakt dojścia do władzy pana Ortegi, który 20 lat temu, przy usilnych staraniach USA został od niej odsunięty. Aktualnie jego polityka nie jest już tak radykalnie socjalistyczna. Niemniej…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/11/30

Kosta ryczy.

A na palmie siedzi leń... Leniwiec.

Po dość sprawnym przekroczeniu granicy udaliśmy się na ekologiczną farmę naszego CSa (kolejny raz spotkaliśmy się z permakulturą, która najczęściej oznacza masę chwastów, a w tym wypadku dżunglę). Już 200 metrów od jego domu selwa gęstniała, ścieżki zanikały, a liany same prosiły się o potraktowanie maczetą. Znaleźliśmy kilka drzew kakaowca i według zaleceń Johna pościnaliśmy kilka drzew bananowych, które dość szybko odrastają, dając nowy plon. Udało nam się też zgubić w tym gąszczu, co pozwoliło docenić grozę i potęgę dżungli, która tak czy siak nigdy mnie nie pociągała. Niemniej nieodmiennie lubię zwierzęta i…

Czytaj dalej…

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.