Meksyk – plaża, Playa i tylko bicz!

I jest szacunek na dzielni!

Z Sisalu przebiliśmy się do Playa del Carmen, która z chwilowego przystanku zamieniła się w 2-tygodniową miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwszy couchsurfer był szalenie zakochany w swoim psie. Karmił go taką dawką miłości, że pomimo, iż czworonóg ów był wielkim bydlakiem, był też jednym z najmilszych psów, jakie poznałem. Poznałem też, co to szacunek ludzi, kiedy idziesz ulicami z taką bestią w pełnym bojowym runsztunku.
Odwiedziliśmy wesołe miasteczko, gdzie zrekompensowaliśmy sobie brak niebezpieczeństw i pozwoliliśmy, by strach nam zajrzał w oczy.

Następnym gospodarzem był niesamowicie inteligentny Argentyńczyk Julian, który razu jednego udał się do Holandii, gdzie z wyboru żył na ulicy, a potem squacie, jadł ze śmietników i kradł z supermarketów. I tu ciekawe spostrzeżenie, bo kradł na początku najtańsze rzeczy, po czym stwierdził, że nie ma różnicy i pod bluzkę ładował łososia. Z tego, jak to określił, dna doszedł do aktualnego miejsca, czyli szefa firmy internetowej, który żyje sobie wygodnie w dość drogim…

Czytaj dalej

Reklamy

Meksyk nielegalny. Cz. I.

Teletubisie w Palenque.

Przekroczyliśmy granicę z Meksykiem w bardzo sympatycznej atmosferze i zaiste czuliśmy się jak goście. Celnicy zagadywali z uśmiechem jak tam podróż, gdzie jedziemy i co słychać w Polsce. W ten sposób, zadowoleni, że jesteśmy w innym, lepszym świecie – uporządkowanym, czystszym, bogatszym, wsiedliśmy w autobus. Po 20 minutach jazdy zatrzymaliśmy się przy grupce ludzi. Ci wsiedli, kierowca zbadał ich wzrokiem i stwierdził, że są nielegalni i nie mogą z nami jechać, bo i tak wyłapią ich na następnej kontroli.
W ten sposób dochodzimy do swoistej drabiny ludów, gdzie ten, co wyżej, patrzy z góry na tego, co niżej, ale i na niego ktoś z pogardą spogląda z góry i nie chce dopuścić na swój szczebelek. Tu przytoczę sytuację z ostatnich kilku lat, gdy…

Czytaj dalej

Mroczna strona podróży.

Z rana szybko spakowała swój mały namiot, dojadła to, co zostało z wczoraj i jak niemal codziennie od dwóch miesięcy wsiadła na rower.

Tak naprawdę uwielbia chodzić. Przeszła samotnie rodzinne USA. Dwa razy: z północy na południe i z południa na północ. Najbardziej podobały jej się kilkudniowe odcinki w górach i parkach narodowych, gdzie często przez parę dni nie spotykała żywej duszy. Parę lat wcześniej wyrzuciła telefon komórkowy, ale by nie tracić kontaktu z najbliższymi nosi ze sobą urządzenie, z którego co wieczór wysyła do rodziny i znajomych sygnał ze swoją lokalizacją i informacją: ”Wszystko ok” lub ”Potrzebuję pomocy”.
W zeszłym roku pojechała pracować w kuchni na amerykańskiej stacji badawczej na Antarktyce. Dobry czas, niemniej nie posiadała się z radości, gdy…

Czytaj dalej