Wege Argentyna

Argentyńskie empanady - niebo w gębie!

Argentyńskie empanady – niebo w gębie!

Pisałem już jak po przekroczeniu granicy argentyńskiej zaproponowano nam nocleg i asado (słynny argentyński grill). Odmówiliśmy, ale karma nie śpi i wróciła ze zdwojona siłą.
Ale i Lean zostawili nas w Puerto Madryn gdzie pierwszy raz od 2 tygodni zaznaliśmy uroków Couchsurfingu i świeżej pościeli. Obolałe kości tańczyły z radości, a podniebienie szykowało się na odmianę od makaronu z sosem, gdy wtem dowiedzieliśmy się, że nasza urocza para była wegetarianami. Co więcej, nie mogliśmy gotować u nich mięsa, bo sami prowadzili mini restaurację. No cóż, za dużo dobra mogłoby nas zabić… Czytaj dalej

Reklamy

Najpiękniejszy cud świata

Ściana lodu.

Z żalem opuściliśmy Chile i przekroczyliśmy granicę z Argentyną. Człowiek przyzwyczaił się do dobrego, zwłaszcza szybkiego stopa. Nic to, najwyżej przyjdzie nam czekać… 5 minut na autostop dokładnie do celu – El Calafate, bramy do lodowca Perito Moreno. Rozejrzeliśmy się po mieście żyjącym li tylko z turystyki, bo, jak dowiedzieliśmy się od naszego kierowcy, 20 lat temu żyło tu 500 ludzi, a dziś 15.000. Ten nagły napływ spowodowany jest jeszcze większą falą turystów chcących obejrzeć tego olbrzyma trzymającego w sobie jedne z największych pokładów wody pitnej. Ciekawostką jest fakt… Czytaj dalej

Trzy wieże i drużyna Mirmiła.

Rankiem obudziliśmy się na terytorium Chile. Jak bardzo ten kraj raduje moje serce trudno mi opisać. Wyciągnięty kciuk zatrzymuje pierwszy lepszy samochód, a cel to Puerto Natales baza wypadowa do Torres del Paine. Jakby na potwierdzenie, że jesteśmy w moim ulubionym kraju, starsza para, która nas podwiozła, zaprosiła nas na pyszną pizzę w ciepłej restauracji, a na deser noc na wygodnych materacach u couchsurfera w ciepłym domu (powtarzający się przymiotnik „ciepły” świadczy o zdecydowanym zimnie panującym w tej części świata). Rozpuściliśmy się jak kostka cukru w herbacie. Nabraliśmy sił, obczailiśmy nudne jak dupa miasto i nasyciliśmy oczodoły górami prężącymi się w oddali.

Kolejne wraki na naszej drodze.

Czytaj dalej

Ognisty Autostop.

Tierra del Fuego – wiało tam jak zwykle. Na wylotówce z Rio Grande złapaliśmy stopa z sympatycznym panem. Usłyszawszy, że my z Polski, z zachwytem rozwodził się o naszym dalekim kraju i wspaniałych rodakach, gdyż miał ich w rodzinie paru. Sam pochodził z północy, z okolic Buenos Aires. Przybył w ten daleki zakątek świata zwabiony wizją pracy i dobrych zarobków. Tak mu jednak przypadły do gustu bezkresne, smagane wiatrem tereny, że pokochał to miejsce całym sercem i już nie wyobrażał sobie, że mógłby żyć gdzieś indziej. Opowiadając o urokach bytowania w tym nieco wrogim dla człowieka miejscu brzmiał niemal jak poeta.

Czytaj dalej

Peterbiltem na kraniec świata .

Opuściliśmy ukochane Chile i przekroczyliśmy Argentyńską granicę. Przekroczyliśmy jednocześnie granicę kulturową, bo pomimo wspólnego mianownika, jakim była kolonizacja hiszpańska, drogi tych krajów rozeszły się z drugą falą kolonizacji, która odcisnęła trwałe na nich piętno. I tak Chile z pierwiastkiem niemieckim było uporządkowane, dobrze zarządzane, a prawo tam szanowano. Do Argentyny zaś zalewanej potężnymi falami włoskiej emigracji, zwłaszcza ze zubożałej Sycylii, przywlekła się korupcja, kumoterstwo i absolutny brak poszanowania prawa. Ta różnica widoczna była już na granicy…

Czytaj dalej

La Chupacabra i ostatnie klapnięcie klapków.

La Chupacabra!

Kolejne kilometry Carretery Austral serwowały nam co i rusz nowe krajobrazy: od spalonych słońcem gór po zielone, świeże lasy. Asfalt stykał się co jakiś czas z błękitną rzeką Baker zachwycającą nas swoim intensywnym kolorem. Jako punkt docelowy wybraliśmy Caletę Tortel – punkt, gdzie kończy się droga. Podwózkę mieliśmy prawie do celu, zostało nam od skrzyżowania raptem 20 km. Bułka z masłem okazała się czerstwa, bo nikt, ale to nikt nie chciał nas zabrać i tak objuczeni naszymi plecakami przemaszerowaliśmy całą trasę. Na miejscu zostawiliśmy plecaki w informacji (która uświadomiła nam jak drogie są tu hotele) i uskrzydleni tą lekkością przemierzaliśmy schody i pomosty pachnące cyprysem. Miejsce to urocze dla turystów, mogących spacerować po wiosce, w której…

Czytaj dalej

„Jeśli nie wierzysz w Boga, nie wierzysz w siebie, a kiedy uwierzysz w siebie, możesz przenosić góry”

Kapitan Tomasz Lewandowski

Dnia 13.07.2012 na morzu zmarł kapitan Tomasz Lewandowski – wielki żeglarz, wielki człowiek. Opłynął samodzielnie świat dookoła: pod prąd, na przekór wiatrom, na łódce, którą sam sfinansował i sam poskładał.

Ale nie ten wyczyn był dla mnie miarą jego wielkości. Był on wielki swoją madrością, bo trzeba Wam wiedzieć, że nie ruszył w swój wielki rejs dla miejsca w Księdze Guinessa lecz płynął, by lepiej poznać siebie i pełniej zrozumieć otaczający go świat.

Tomek był domorosłym filozofem pochłaniającym setki książek. Ten samotny rok na morzu poświęcił na rozmyślaniach o naturze ludzkiej i boskiej. Bóg zaś miał miejsce specjalne w sercu kapitana, gdyż wierzył on w jego moc sprawczą. „Jeśli nie wierzysz w Boga, nie wierzysz w siebie, a kiedy uwierzysz w siebie, możesz przenosić góry”. Z tą maksymą w sercu spełnił swoje marzenie i planował spełniać kolejne. Niestety…

Czytaj dalej