Peterbiltem na kraniec świata .

Opuściliśmy ukochane Chile i przekroczyliśmy Argentyńską granicę. Przekroczyliśmy jednocześnie granicę kulturową, bo pomimo wspólnego mianownika, jakim była kolonizacja hiszpańska, drogi tych krajów rozeszły się z drugą falą kolonizacji, która odcisnęła trwałe na nich piętno. I tak Chile z pierwiastkiem niemieckim było uporządkowane, dobrze zarządzane, a prawo tam szanowano. Do Argentyny zaś zalewanej potężnymi falami włoskiej emigracji, zwłaszcza ze zubożałej Sycylii, przywlekła się korupcja, kumoterstwo i absolutny brak poszanowania prawa. Ta różnica widoczna była już na granicy…

gdzie skrupulatni Chilijczycy wytrzepaliby cię z wszelkich produktów żywnościowych, tam olewający procedury Argentyńczycy nawet cię nie zapytają, czy wwozisz coś nielegalnego, a w obu krajach prawo jest podobne. Granica nie wpłynęła jednak na serdeczność ludzi i już pierwszy pan, który nas podebrał z drogi, chciał nas zabrać do siebie do domu na sławetną parillę (grill). Przedłużyliśmy żywot barana i odmówiliśmy, gdyż naszą misją była wyprawa na Antarktydę, a okienko czasowe z wolna się zamykało. Decyzja okazała się tyle słuszna, co brzemienna w skutkach w dłuższej perspektywie czasowej (ale o tym w kolejnych wpisach).

Przemierzyliśmy półpustynię argentyńskiej Patagonii usianą w wieże wiertnicze wysysające z tej ziemi roponośne soki. Wieczorową porą, na wpół szukając miejsca noclegowego trzymaliśmy jeszcze kciuka w pogotowiu, gdy o zmierzchu zajechał na postój TIR na chilijskich blachach. Uzbroiliśmy się w najlepszy uśmiech i najładniej jak mogliśmy zapytaliśmy o podwózkę. Usłyszawszy „może” wiedzieliśmy, że jest nasz. Wdrapaliśmy się do środka i mając doświadczenie w ciężarówkach zawyrokowaliśmy, że jest to jakaś nam nieznana wersja ulubionego Macka. Kierowca tylko czekał na pytanie, bo to nie była zwykła ciężarówka. To był Peterbilt
Harley Davidson wśród kilkutonowych monstrów, marzenie niejednego kierowców. Mauricio jako dziecko dostał na Gwiazdkę od biednej sąsiadki ciężarówkę-zabawkę i był to właśnie rzeczony Peterbilt. Od tego momentu marzył, by kiedyś zasiąść za jego kołem. Dorosłym będąc został kierowcą ciężarówek i gdy tylko nadarzyła się okazja, nie zastanawiał się długo. Sprzedał dom i urzeczywistnił marzenie swojego życia (nie bez pewnych poświęceń w sferze prywatnej). Gdy usiadł pierwszy raz w fotelu swej upragnionej maszyny, poczuł się jak Król Całego Świata, a łzy wzruszenia płynęły ciurkiem. Spotkaliśmy człowieka spełnionego i szczęśliwego. Siedział w fotelu niczym kowboj, sunął swą maszyną po bezkresnych drogach Patagonii w kierunku zachodzącego słońca, a z głośników leciało country western. Sami nabraliśmy szacunku do maszyny, której każdy model jest dostosowany do potrzeb właściciela, a dusza sprzedawana jest w zestawie. W 2 dni związaliśmy się z Peterbiltem i jego właścicielem. Dostąpiliśmy zaszczytu przejechania się jedną z czterech takich ciężarówek w Chile i przespania się w środku, bo Mauricio nie miał serca wyrzucać nas na pastwę patagońskich wiatrów. Król Szos zapewnił nam niezwykle wygodną noc, przespaną kamiennym snem noc, podczas gdy dookoła hulał wiatr. Mauricio zaś dobry człek był, co uronił autentyczne łzy przy naszym pożegnaniu.

Luksusy się skończyły, my zaś gnani dzikim pędem jechaliśmy dalej na południe. Noc spędziliśmy na obrzeżach Rio Grande – sztucznie zaludnionego miasta. Po przegranej wojnie o Falklandy rząd w obawie o utratę Ziemi Ognistej wprowadził system zachęt (niskie podatki dla firm, przedwczesna emerytura) i w ten oto sposób w tym nieprzyjemnie wietrznym rejonie powstało 100-tysięczne brzydkie miasto, gdzie nic tylko pić. Przyszło i nam przeżyć przygodę związaną z nadmierną konsumpcją lokalnej gawiedzi, ale o tym kiedy indziej.

Nasz cel osiągnęliśmy trzeciego dnia od wyjazdu z przytulnego Chile Chico. Ushuaia to zaskakująco wielkie miasto na krańcu świata. Biznes turystyczny żerujący na nieodległej Antarktydzie spasł to miasto do niewyobrażalnych na to zadupie rozmiarów, a dziko rozrastające się fawele wycięły okoliczny las. Wspomniany brak poszanowania prawa w dziedzinie budowlanej jest zatrważający: jak postawisz dom, to figę ci mogą zrobić, a podatków płacić nie musisz, prąd i wodę kradniesz i żyjesz jak zubożały król.

Przedostanie się na Antarktydę płatnie nie wchodziło w rachubę, bo za dwoje cena samochodu wychodziła, więc trzeba to było załatwić w inny sposób. Udaliśmy się na nadbrzeże jachtowe i puls przyśpieszył, gdy ujrzeliśmy polską banderę. Zwolnił, gdy dowiedzieliśmy się, że właśnie wrócili… Niemniej polskie mordy i ojczysty język sprawiły, że na herbatkę zostaliśmy i historii ze skutej lodem wyspy posłuchaliśmy. Spacer po łajbach innych bander uświadomił nam że szczury lądowe bez doświadczenia mogą jedynie usłyszeć „nie ma sprawy tyle to, a tyle tysięcy dolarów i płyniesz za rok”. Niechybnie zderzyliśmy się z prawidłami ekonomii. Nic to jednak, z listy marzeń nie skreślamy, a przenosimy do rezerwy.

Ushuaia wypchnęła nas swoja porażającą skalą cenową. Stać nas było na miejsce kempingowe, choć ciało marzyło o łóżeczku, ale wesoła ekipa i piękne widoki na zatokę zatrzymały nas trzy dni. W końcu jednak oglądanie blichtru głównej ulicy wyczerpało potencjał miejsca i postanowiliśmy wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

Stojąc na rogatkach Ushuai mignęła mi stara czerwona ciężarówka (pomyślałem: na pewno Mack). Łapiąc kolejnego stopa jeszcze razy przemknęła ta sam ciężarówka. Gdy dobiliśmy do granicy ujrzałem ją znów i cóż, kopiuj-wklej: uśmiech, i pytamy. Kierowca uśmiał się i powiedział, że za trzecim razem to już nas musi wziąć. Wpakowaliśmy się do środka. Wyczuleni na sprawę rzuciliśmy oko na kierownicę, a tam co… Peterbilt! Jedyny w Argentynie! Morda wyszczerzyła się pełnym uśmiechem i w podekscytowaniu tłumaczymy, że znamy i kochamy te samochody, i że poprzedni właściciel miał marzenie, i że klimat i cudo! Na to kierowca, potomek Jugosłowian, kazał wyjrzeć za okno i przeczytać napis na ciężarówce. A stało tam ni mniej ni więcej tylko „El Sueño” – marzenie. I raz jeszcze ujrzeliśmy człowieka spełnionego, szczęśliwego i powiedzieliśmy sobie tak! to jest to! Na pewno marzenia trzeba spełniać, bo życie jest jedno, więc lepiej, by pod jego koniec zmarszczki układały się nam w uśmiech, a nie zmartwienie. Pędziliśmy ku nowej przygodzie a słońce swym zachodem podpalało Ziemię Ognistą…

JAK ZWYKLE ZAPRASZAMY DO GALERII (PICTURES).

El Sueño

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s