Aborygen pod budką z piwem. Australia cz. II.

Jedyne kino w promieniu 500 km.

…i tak przyszło nam stopować po pustyni. Nasi couchsurferzy z górniczej osady Cobar to bardzo sympatyczni, podstarzali hippisi, którzy w tej malutkiej mieścinie otoczonej krzaczorami promować kulturę chcą. Kino, które prowadzą, najczęściej jest smutno puste, ale dla nas frajdą było zobaczyć po roku jakikolwiek film w teatrze dziesiątej muzy i pobawić się w pokoju projekcyjnym.

Dość szybko opuściliśmy to smutne jak du…ży palec u nogi nie-wesołe miasteczko i w jeden dzień przemierzyliśmy 800 kilometrów, po czym nadal byliśmy 1500 kilometrów od celu. Po zimnej jak diabli nocy i kilku krótkich stopach (w tym radiowozem z turbodoładowaniem, łamiącym przepisy), utknęliśmy na chwilę w pobliżu Woomery – aktualnej bazy rakietowej i nieaktualnego poligonu bomb atomowych. Czekaliśmy chwilkę, nasiąkając tą promiennotwórczą atmosferą w palącym słońcu i w otoczeniu zbyt przyjaznych much, gdy minął nas pierwszy od pół godziny samochód. Wzruszywszy ramionami, wróciliśmy do sesji zdjęciowej, aż tu nagle…

…ów pojazd zawrócił i rubaszny, grekopodobny Australijczyk zapytał: „Po kie licho jedziecie do Coober Pedy?!” (jest to miasteczko bijące rekordy ciepła, osiągające zabójcze 58 stopni Celsjusza).
Lou rozwalił nas już z początku stwierdzeniem, że bezrobotnych trzeba posadzić na rowerach, niech produkują prąd. Pomysł genialny w swojej prostocie: chcesz zasiłek? pedałuj! Ten sympatyczny olbrzym z ogromnym poczuciem humoru związał się z nami, a my z nim, na następny tydzień. Jego historie o wąchających benzynę, agresywnych, pijanych aborygeńskich nierobach wsadziliśmy między bajki,

Aborygeni - bez celu, bez pomysłu...

tak jak wcześniejsze o Maorysach. Niemniej po przyjeździe do Alice Springs wsadziliśmy je na półkę „historie prawdziwe„.

Samochody firmowe, obsługujące komuny aborygeńskie, muszą być na diesel, inaczej wspomniane wąchanie. Alkohol i pornografia zniszczyły całe wspólnoty, prowadząc do przemocy domowej i wykorzystywania seksualnego nieletnich. Alice Springs wygląda jak po inwazji meneli. Aborygeni pijanym wzrokiem obserwują otaczające ich życie, rzucają co jakiś czas „Fuck you fuckin’ whities!” („Pieprzcie się, pierdolone białasy!”). Po zmroku miasto zamiera, bo nikt nie chce być kolejną ofiarą dźgniętą nożem. Na ulicach wyczuwa się napięcie, a limity na sprzedaż alkoholu nie pomagają.
Niemniej winni takiej sytuacji są p…ni biali, bo to oni sprowadzili alkohol, odebrali ziemię i zepchnęli Aborygenów na peryferie cywilizacji. Jeżeli mamy mówić o zderzeniu cywilizacji, to było to dosłowne zderzenie, tylko Aborygeni byli jak kangury, a biali jak wielka, rozpędzona ciężarówka. To, jak kończy się takie zderzenie, widać na drogach Australii.
Aborygeni mają swoją mitologię. Nazywają ją „czasem śnienia”. Aktualnie sami wyglądają, jak by śnili na jawie, jak by nie do końca zauważali otaczający ich świat. Nieobecni, bez celu. Biały człowiek odebrał im go ostatecznie, przyznając zasiłki za samo bycie Aborygenem. Nie musisz się starać. Wystarczy, abyś trwał. Te łatwe pieniądze oduczyły ich umiejętności polowania i sztuki przetrwania w buszu. Alkohol stał się jedynym celem.

Na australijskim uotbacku rządą muchy.

Co prawda wiele komun w interiorze wprowadziło zakaz spożywania napojów wyskokowych, niemniej w większości z nich ludzie nic nie robią, tylko czekają. Rząd przydziela Aborygenom domy i pieniądze na samochody, ale jako, że ci żyli przez wieki pod gołym niebem, ich domy popadają w ruinę (okna są wyjmowane, jako zbędne), a dookoła widać wraki spalonych aut, które są przez nich niszczone, kiedy tylko się zepsują.

Aborygeni to nie jedno plemię, to 200, mówiących różnymi językami. I tak, jak w przeszłości walczyli między sobą o ziemię, tak teraz bez sensu walczą ze sobą na ulicach miast. Australijczycy strasznie nie lubią Aborygenów, bo uważają, że ci powinni się przystosować. Nie rozumieją jednak prostej rzeczy – że to oni tu przybyli i są gośćmi i to oni powinni się dostosować.
Europejczycy pytają, czemu „zalewający” ich muzułmanie chcą swoich praw i obyczajów? Przecież oni są tu gośćmi. Ale to właśnie Europejczycy nigdy i nigdzie się nie przystosowywali. Jak byli gośćmi, to tylko nieproszonymi. Obie Ameryki, Australia i po części Afryka musiały się zeuropeizować. No tak, przecież „jesteśmy wyższą kulturą cywilizacyjną, a Aborygeni zachowują się jak zwierzęta”. Zgadza się, zachowywali się jak zwierzęta. Żyli z naturą w symbiozie, płynęli z prądem, korzystali z darów Matki Ziemi. Biały człowiek uczynił ziemię poddaną, zaorał, ułożył w rządki, wykopał swoje skarby i powoli zatruwa swoją planetę.
I tak, ostrym podsumowaniem, kończymy historię Aborygenów, którzy najpewniej podzielą losy Indian amerykańskich.

Z milszych rzeczy powiemy pokrótce o naszej wycieczce po okolicach Alice Springs w wynajętym samochodzie z sympatyczną, starszą Australijką i Hongiem z Hong Kongu.
Trafiła nam się wesoła ekipa, która razem z nami dzieliła trudy tego turystycznego rajdu (1900 kilometrów w 4 dni).

Z naszą nietypową ekipą przy Uluru.

Polecamy West MacDonnell Ranges, Olgas, Rainbow Valley no i oczywiście Kings Canyon.
Sympatyczna pani z chrześcijańskim skrzywieniem próbowała nas i Honga nawrócić. Według niej 98% ludzi pójdzie do piekła, przy czym Hong, jako racjonalny Chińczyk, nie mógł pojąć, jak po 2000 lat piekło może pomieścić taką masę ludzi. Jako naukowiec, miał więcej pytań. Czy smoki są dobre? Czy Mojżesz to zwierzę? Czy naukowcy pójdą do nieba?
Judy, w całej swojej chrześcijańskiej wierze nie widziała nic złego we wchodzeniu na Uluru – świętą górę Aborygenów. Uważała, że porównywanie z wchodzeniem na katedrę jest nie na miejscu, bo ich wierzenia to „zabobony”, a nasze to „fakt”. Przecież jest Biblia, w której czarno na białym… Generalnie zacięte dyskusje, po których wracała miła, rodzinna atmosfera.

No i ciekawostki.

Wspomniane muchy rządzą w outbacku. Są ich miliony. Pchają się do nosa, ust, oczu, czyli tam, gdzie wilgoć, a jedzenie sobie odpuszczają. Co kraj, to obyczaj.

Ciężarówki i samochody służbowe nie mogą zabierać autostopowiczów (ubezpieczenie), ale człowiek nie maszyna,

W jednej z Australisjkich ciężarówek.

swój rozum ma i się typowo australijskim road trainem (drogowym pociągiem) przejechaliśmy!

Kubota po grecku oznacza kondom (nie możemy tego sprawdzić).

Aborygeni mają bardzo chude nogi, ale nie wiemy, dlaczego?

Obok Alice Springs znajduje się tajna, amerykańska baza. Nikt nic nie wie, bo za puszczenie farby 20 lat w pierdlu.

Australijczycy używają widelca tylko w lewej ręce – z nożem i bez.

Asfalt to novum w outbacku. 20 lat temu z Adelaide do Darwin jeździło się po piachu.

Po 10 latach suszy trafiliśmy na mokry rok w Australii. Czerwony, martwy outback był przyjemnie zielony i żywy.

Ps. Nie udało się nam porozmawiać z żadnym Aborygenem – bariera językowa, niezrozumiały angielski i otoczka strachu. Dodatkowo to tajemnicza nacja, która nie opowiada swoich historii obcym.

KOLEJNE ZDJĘCIA Z AUSTRALII DOSTĘPNE SĄ TUTAJ (PICTURES).

Łatwo przyszło, łatwo poszło...

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s