Kulinarna rekonkwista. Welcome back to South America!

Tu nastąpił zaskakujący zwrot akcji. Z Meksyku korytarzem powietrznym przedostaliśmy się znów do Ameryki Południowej, a takie wydarzenie przywołuje wspomnienia, odświeża smaki… Zobaczcie, co nam się przypomniało, gdy znów postawiliśmy stopę na peruwiańskim mercado central.

Kuchnia krajów andyjskich to mieszanka wpływów hiszpańskich z lokalną kuchnią Indian, a każda nowa fala imigrantów z Europy czy Azji dodawała kolorytu do palety smaków tego celebrującego jedzenie kontynentu.

Podstawowymi miejscami kulinarnej eksploracji są rynki (tzw. mercado central). Niejednokrotnie są to potężne instytucje, dookoła których obraca się życie miasta.

Mercado central - czekając na klienta...


Czytaj dalej

Reklamy

Mindo jESt Lindo. Ekwador cz. III.

Kolibry w Mindo.

Po wylądowaniu w Guayadaquill ruszyliśmy do miejscowości Baños, tutejszego Zakopanego. Po drodze zawinęliśmy do Salinas, gdzie można kupić genialny ser i jeszcze genialniejsze czekoladki. W międzyczasie po raz kolejny pękła mi aluminiowa podpora mojego plecaka i po raz kolejny trzeba było ją wzmacniać toną metalu.

Baños to miejscowość bardzo przyjemna, otoczona pięknymi górami, a jedynym felerem były codzienne opady deszczu.  Zadomowiliśmy się u bardzo fajnego CSa, u którego było już…

Czytaj dalej

Mój Ekwador ulubiony, ulubioonyyy… Cz. I.

Jezus wyzwolony!

Na granicy La Balsa byliśmy już o 7:00 rano. Na próżno, gdyż ta otworzona została o 9:00. Po przejściu na drugą stronę i załatwieniu formalności okazało się, że mamy czekać jeszcze 3 godziny, aż nasz drabinowóz zawiezie nas do najbliższej sensownej mieściny. I tak z wolna chłonęliśmy ten leniwy charakter przejścia na końcu bitej drogi. W Zumbie okazało się, że jeden autobus odjechał 30 minut temu, następny za 3 godziny. Tradycyjnie udaliśmy się więc na rynek, by odkryć tylko jedno działające stanowisko. Na dodatek przytrafiła się nam od razu ciekawostka, bo…

Czytaj dalej

Peru jak w mordę strzelił. Cz. III.

Inność.

Przekroczenie granicy chilijsko-peruwiańskiej poszło sprawnie i już wieczorem, w Arequipie, przygarnął nas niesamowity couchsurfer Joga. Niesamowity z dwóch względów. Po pierwsze: był tatuażystą pokrytym dziesiątkami tatuaży, a kolczyk miał w każdym możliwym miejscu. Po drugie i najważniejsze: był chodzącą kopalnią pozytywnej energii. Niemniej płacił za swój wygląd wysoką cenę braku akceptacji. Kiedy chcieliśmy pójść na koncert do tamtejszego klubu, najpierw powiedzieli nam, że nie ma miejsc, a gdy wchodzili kolejni ludzie, sprostowali, że dziwaków nie wpuszczają. W drugim klubie ochroniarz miał dobre serce i…

Czytaj dalej