Argentyna zza okna. Cz. II.

Prowincja Misjones jest pełna imigrantów zza Buga.

Czas na wyrwanie się z wygód miasta. Rano dokulaliśmy się ciufcią w okolice bramek na autostradzie i zaczęliśmy „robić kciuka„ (hacer dedo – autostop po argentyńsku). Słyszeliśmy różne opinie o jego funkcjonowaniu. Wielogodzinne oczekiwanie to norma. Jakże mile zaskoczył nas więc brazylijski tirowiec, który już po pół godzinie wyrwał nas z okowów niepewności.

O 21 w nocy wylądowaliśmy na stacji benzynowej, gdzie obsługa, ku naszemu zdziwieniu, nie pozwoliła nam rozbić namiotu. Zbici z tropu ruszyliśmy na drugą stronę drogi. Tam sympatyczna pani…

Czytaj dalej

Reklamy

Argentyna bogata tym, co ukradnie tata. Cz. I.

Tani transport publiczny w Buenos.

W drodze do Ameryki Południowej mieliśmy międzylądowanie w Nowej Zelandii, gdzie jak zwykle w 10 minut złapaliśmy stopa do Auckland, zabraliśmy rzeczy odzyskane z Christchurch (utknęły tam po trzęsieniu ziemii) i bez problemu złapaliśmy kolejnego stopa na lotnisko. Rodzinka, która nas zabrała, nawet tam nie jechała. Po prostu mieli czas i nieodłączny u Nowozelandczyków uśmiech. Liznęliśmy najlepsze na świecie lody Kapiti i ruszyliśmy w 12-godzinną podróż przez nie wiem ile stref czasowych.

W Buenos Aires utknęliśmy na lotnisku z powodu braku klepaków, którymi można płacić w autobusie. Po uciułaniu kilku monet ruszyliśmy transportem publicznym do naszego gospodarza. W ten sposób już po pięciu godzinach byliśmy na mięsnej uczcie. Sól, pieprz i niebo w gębie! Widać, w czym Argentyńczycy się specjalizują, choć…

Czytaj dalej