Qeenstown – w krainie królów i królowych. Nowa Zelandia cz. II.

Z wypożyczalni.

W poprzednim odcinku Maja i Michał wypożyczyli samochód, by choć na chwilę wieść żywot motocyganów. Spanie po krzakach w samochodzie, na stercie rzeczy, by wypoziomować łóżko, pranie suszące się na zagłówkach i frontonie tapicerki, zaparowujące szyby i tym podobne, długie, zabijające akcję zdania.

Jedziemy! Najpierw powoli, jak żółw ociężale, bo rok nie jeździlim, a ruch lewostronny. Skręty komunikujemy innym kierowcom za pomocą wycieraczek, a odruchowo regulujemy biegi tam, gdzie się reguluje szybę. Niemniej po pierwszym szoku kulturowym nabiera się pewności, zabiera pierwszych z brzegu autostopowiczów i…
…JAZDAAAAA!
Nowa Zelandia sprawi przyjemność kierowcom, którzy:
A. lubią zakręty i zawijasy,
B. lubią jeździć z przepisową prędkością i nie być traktowani jak frajerzy, którzy nie dodają przynajmniej 20 km/h do limitu albo go nie mnożą razy dwa,
C. lubią puste drogi, gdyż korki są tu tylko w butelkach od wina,
choć trzeba dodać, że trudność sprawia im wyprzedzenie ciebie na prostej, pustej drodze, dlatego od czasu do czasu należy zjechać i przepuścić tych… uhm, hm… no… gamoni.

Porządek.
Nowa Zelandia jest uporządkowana i efektywna na modłę zachodnioeuropejską. Brakuje nam trochę azjatyckiego chaosu. W Azji za pieniądze dało załatwić się wszystko. Tu prośba o przechowanie bagaży spotkała się z taką oto odpowiedzią: „Hm… To trochę dziwna prośba, ale jeśli wykupicie nocleg, to możecie wszystko zostawić!„

Tak się cieszyliśmy zwycięstwem!

No to po prostu niemoc twórcza. Jako, że Polska siedzi na styku tych dwóch kultur, w obu się odnajdujemy, ale obie mają w sobie nieznośne ekstrema – syfu albo zbytniego porządku.

Queenstown.
Po paru dniach spędzonych na trekingach, fotografowaniu się z fokami i kąpielach w jeziorach (bez detergentów), wylądowaliśmy w końcu u couchsurferów. Niebylejaka była to zbieranina indywiduów i nacji (Anglik, Irlandczyk i Walijka). Pomimo historycznych ran i docinek w stronę uosobienia kolonializmu, była to wesoła banda magików, z którymi mieliśmy problem się rozstać.
Queenstown to 8-tysięczne miasteczko uciech, rozpusty i adrenaliny. Za dnia możesz skakać z samolotu, mostu czy innej atrakcji podnoszącej ciśnienie, wieczorem zaś przemieszczać się od baru do baru. Nasza ekipa robiła to prawie codziennie, balując do rana, po czym świeże ciuchy i do roboty! Miejscowy szpital ma pokaźne zapasy nerek (kłamię, ściemniam, konfabuluję).
Rankiem 18.02.2011, dotarła do nas wiadomość o zwycięstwie w konkursie na najlepszego podróżniczego Bloga Roku 2010 Onet.pl. Trochę osłabieni, trawiliśmy tą nowinę przez całą wspinaczkę na lokalną górę. Trzeba się karać za grzechy. Niemniej fakt co i rusz trafiał do naszych jaźni, powodując mieszankę dumy, radości i niedowierzania, że my, takie robaczki, że udało się nam, że tylu innych, a jednak my! Wieczorem pękły dwie krowy (wiadomo, NZ – mleczny kraj), tańczyliśmy polkę na ulicach oraz tradycyjny, maoryski taniec haka przed przypadkowymi ludźmi, dominowaliśmy na parkiecie, ujeżdżaliśmy byka – jednym słowem, kawał solidnej wixy.
Z ciężkim sercem opuściliśmy tych królów i królowe życia,

Wycieczki po górach, plażach, miastach i lodowcach.

oraz destruktywne Queenstown (miasto królowej) i kontunuowaliśmy wycieczki po górach, plażach, miastach i lodowcach. Polecamy szczególnie skały w miejscowości Punakaiki.

Queens Of The Stone Age.
Idę se, jak gdyby nigdy nic, ulicami Christchurch, aż tu nalge !BUM! Plakat QOTSA! W tym momencie chodziłem już jak kot z „Alicji w krainie czarów”. Uśmiech od brwi do brwi. Kupiliśmy bilety na 24.02, a ja, co i rusz, podniecałem się koncertem i odliczałem dni do niego.
22.02 wybierając jabłka w supermarkecie, zobaczyliśmy grupę ludzi przed telewizorem. Podchodzimy, patrzymy, a tu trzęsienie ziemi w Christchurch. Koncert w ratuszu, a ratusz w zniszczonym centrum. Tragedia! Wiem, że brzmi to samolubnie i nieludzko, ale prawda jest taka, że jeśli nie zginął w takim wydarzeniu ktoś bliski, to bilans ofiar nie robi na nas wrażenia. Telewizja, transmitując codziennie jakąś katastrofę, wyprała nas z emocji, oswoiła z kataklizmami i śmiercią dziesiątków ludzi, ale nie z odruchów pomocy. Szkoda tylko, że niektórych ludzi już nie poznamy.

W następnym odcinku odwiedzamy zrujnowane Christchurch i poznajemy ciemną stronę nowozelandzkiego raju.

DRUGA CZĘŚĆ ZDJĘĆ Z NOWEJ ZELANDII DOSTĘPNA TUTAJ (PICTURES).

Królowie i królowe życia - letko zmęczeni po obchodach zwycięstwa Kubotów.

Reklamy

One thought on “Qeenstown – w krainie królów i królowych. Nowa Zelandia cz. II.

  1. Trafiłam właściwie przez przypadek, ale teraz jestem pewna, że będe częstym gościem. Gratuluje tego, co już dokonaliście i życze powodzenia w dalszych poczynaniach.

    Pozdrawiam & safe roads 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s