Pa!Mir – żegnaj świecie cywilizowany… Tadżykistan cz. II.

Najlepsza noclegownia w Khorogu.

Khorog – miasto brama do Pamiru: ledwo zamieszkałej, górskiej krainy Człowieka Śniegu.
Tutułowe zdanie wymaga wyjaśnienia. Ludzie w Pamirze są wykształceni, władają wieloma językami (rosyjski, tadżycki oraz języki sąsiednich dolin). Związek Radziecki wyrwał ich z epoki średniowiecza. Zapewne wyrwał z korzeniami. Niemniej ludzie ci cenią sobie oświatę, jaką zaprowadzili Rosjanie. Pomyślmy, czy my cieszylibyśmy się bardziej z tańcowania oberka w XXI wieku, czy z elektryczności, samochodów, dróg (nawet tych kiepskich) oraz okna na świat, jakim było radio i telewizor?

Back to Khorog. Nazwa przypomina jakieś miasto orków i po części gród ten zamieszkany jest przez ryczące, ziejące alkoholem górskie stwory. No cóż, w tym mieście nie ma co robić. My jednak zaliczyliśmy częściowo przymusowy relaks z przeintelektualizowaną bandą Polaków (pozdro chłopaki! czy wróciliście na Noszach?), po czym…

…wyruszyliśmy w Dolinę Wahan na pograniczu z Afganistanem.
W dolinie obowiązują trzy lokalne języki + jedna wioska z własną, dla nikogo z zewnątrz niezrozumiałą mową. Pomimo natężenia ruchu 1 samochód na 3 godziny, całkiem sprawnie przemierzyliśmy teren. Idąc z buta, natknęliśmy się na kilku lokalnych, którzy pomogli tachać nasze plecaki. Grupa, w miarę upływu drogi, rosła. Jak się okazało, miejscowi szli na pogrzeb ziomala, którego dopadło podobno nieprzyjemne miasto Osh. Z relacji napotkanych podróżników, miasto to jest lekko wymarłe, biznesy Uzbeków popalone i komandanckij czas od 20:00 do 6:00, ale ogólnie to spókoj.

„Zachwycająca” Dolina Wahańska była dla nas tylko piękna. Chyba przeżywamy kryzys zmęczenia materiału. Z powodu nikłego ruchu, dawaliśmy sobie sześć dni na jej

Upragnione jezioro...

przejechanie, a tu, z pomocą Opatrzności, po dwóch dniach było po wszystkim.
Dość wytrzęsieni, głodni i zmęczeni znaleźliśmy się na linii startowej do kolejnego trekkingu: Alichur – jezioro Yashil Kol. Według miejscowych dystans wynosił 16 kilometrów, w rzeczywistości było tego 30 kilometrów. Rzeczona różnica 15 kilometrów z ograniczoną ilością wody i praktycznie bezludną trasą zakończyła się marszem zombie w kierunku niewidocznego jeziora. Trudy i znoje zrekompensowała nam plaża i całkiem ciepłe jezioro na 4 000 m. n. p. m.
Pamiętajcie! Na tak dużych wysokościach należy pić dużo wody, inaczej mózg się grzeje – dosłownie. Pamir wschodni to przerażające, pustynne góry, gdzie nic nie rośnie, a dzikiego zwierza większego niż suseł nie uświadczysz. Zielone Tatry to to nie są, choć dech w piersiach zapiera…

Pół-stopem (nasze pierwsze spotkanie z Chinami dzięki kitajskiemu kierowcy ciężarówki – obezwładniająca niekomunikatywność) dotarliśmy do Murgabu – wioski określonej przez sześcioletnią Dunkę jako doknietą wojną. Obrazu rozpaczy dopełniła powódź (przespaliśmy ją), która zmyła kilka domów i zalała bazar.

Górskie dzieci.

W wiosce tej przyszło nam spędzić pięć dni, gdyż znaleźliśmy się w pułapce wizowej (w Azji Centralnej podajesz dokładne daty wjazdu i wyjazdu). Rodzina, u której się zatrzymaliśmy wydawała się przesympatyczną, uśmiechniętą parą staruszków z dzieciakami. Wszystko zmieniło się po dwóch dniach i powodzi, kiedy to pan domu zaczął wracać do domu totalnie zalany, wszczynając domowe awantury.
Ta nerwowa sytuacja sprowokowała nas do opuszczenia gościniecy przedostatniego dnia i wcześniejszego niż planowaliśmy wyjścia na drogę w poszukiwaniu szcześcia. Statystycznie w kierunku Kirgistanu jechało pięć załadowanych po dach samochodów dziennie. Niemniej olbrzymie pokłady zgromadzonej karmy zesłały nam rosyjską rodzinę, która wybrała się na dwumiesięczną objazdówkę po Azji. Zabrali nas bezpłatnie aż do Osh (wystrychnęliśmy na dudka te wszystkie hieny taksówkowe, sępy Pamiru). Z małymi przygodami (przeprawa przez rzekę) dotarliśmy do Kirgistanu – zielonej, ludnej i przyjaznej krainy demokratycznych swobód, ale o tym w następnym odcinku..

Ciekawostka I. Podczas tadżyckich sianokosów ludzie rozkładają siano na drodze, a samochody i ciężarówki swym ciężarem oddzielają ziarno od kłosów. To się nazywa radziecka optymalizacja!

Ciekawostka II. Nieopodal drogi z Murgabu do Kirgistanu biegnie płot bezpieczeństwa, który de facto stanowi granicę chińska, przesuniętą o 20 kilometrów względem tej rzeczywistej. To się nazywa chińska metoda małych kroków!

Ps. Napotkani w Tadżykistanie Japończycy namówili nas na Japonię. JAZDA !!! Miejmy nadzieję, że nie za droga.

ZDJĘCIA Z TADŻYKISTANU DOSTĘPNE TUTAJ (PICTURES).

UWAGA! Nowa zakładka: Marszruta!

"Kur...! Gdzieś tu był Lidl !!"

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s