Napisane przez: klapkikubota | 2011/11/30

Kosta ryczy.

A na palmie siedzi leń... Leniwiec.

Po dość sprawnym przekroczeniu granicy udaliśmy się na ekologiczną farmę naszego CSa (kolejny raz spotkaliśmy się z permakulturą, która najczęściej oznacza masę chwastów, a w tym wypadku dżunglę). Już 200 metrów od jego domu selwa gęstniała, ścieżki zanikały, a liany same prosiły się o potraktowanie maczetą. Znaleźliśmy kilka drzew kakaowca i według zaleceń Johna pościnaliśmy kilka drzew bananowych, które dość szybko odrastają, dając nowy plon. Udało nam się też zgubić w tym gąszczu, co pozwoliło docenić grozę i potęgę dżungli, która tak czy siak nigdy mnie nie pociągała. Niemniej nieodmiennie lubię zwierzęta i…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/11/27

Panama. Operacja: “Republika Ziemniaczana”.

Dzień 1.

Początkowa animacja łódki wpływającej do portu to majstersztyk, zwłaszcza na Amidze500. Widać można wydusić sporo kolorów z „przyjaciółki”. Na lądzie kup gazetę w kiosku (buy newspaper), przeczytaj z jakim krajem Panama ma przyjazne stosunki, pójdź do ubikacji i wyrób paszport tego kraju, używając walizki (use briefcase). Wsiądź do autobusu i wybierz z trzech dialogów „Take me to the crossroad”. Nie jedź bezpośrednio do miasta chyba, że chcesz obejrzeć animację, jak panowie w ciemnych okularach zakuwają cię w kajdanki. Na skrzyżowaniu podejdź pod znak „Panama City” i użyj kciuka (use thumb). Ciężarówka wysadzi cię gdzieś w mieście. Na mapce jest aktualnie tylko mieszkanie amerykańskiego szpiega. Po kliknięciu (animacja windy wjeżdżającej na 23-cie piętro) spotkasz się z Davidem. Porozmawiaj z nim i wyczerp wszystkie tematy. Dowiesz się o różnicy pomiędzy skomplikowanym systemem wyborczym w USA, gdzie wybrać możesz tylko pomiędzy dwoma partiami, a systemem polskim, gdzie partie rodzą się, dzielą i umierają (możesz tą przydługą gadkę przeskoczyć wciskając Ctrl+Alt+L). Jeśli klikniesz na balkon, możesz popodziwiać panoramę Panama City.

Podziwiaj widok na Panama City.



Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/11/20

Kolumbia – szukajcie, a znajdziecie. Cz. II.

Centrum dowodzenia wszechświatem.

Wróciliśmy w ramiona Kolumbii. Udaliśmy się nad morze do Tagangi - rozpizganej wioski rybackiej, gdzie kupisz pyszną rybkę prosto z morza, a handlarze narkotyków są tak namolni, jak lokalne muszki i komary. Niemniej pobyt na campingu u couchsurfera wspominamy bardzo dobrze. Jako wegetarianin i buddysta, udzielał schronienia wszelkim zwierzętom i nieraz sąsiednie kaczki przychodziły odetchnąć w tej wegetariańskiej przystani. Posnorklowaliśmy, pobimbaliśmy i obraliśmy kurs na Cartagenę, gdzie liczyliśmy na jachtostop. Samo centrum miasta przepiękne, czyste i schludne (tuż “za” panował totalny rozpiździel), więc dużo czasu w naszej taniej, gorącej dziurze na poddaszu nie spędzaliśmy. Niemniej w marinie szczęścia nie mieliśmy. Pozostało nam udać się na sam kraniec Kolumbii, do Capurgany, gdzie za pomocą kilku lokalnych pang (łódek) można się było dostać do Panamy.

Nie doceniliśmy jednak mocy “chciejstwa” i dobrej karmy. W Tagandze, idąc na wieczorny spacer, Maja zauważyła nieszczęśnika ze stwardnieniem rozsianym, który upadł idąc po kamienno-błotnej drodze. Pomogła mu dojść do asfaltu. Tam pan powiedział, że…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/10/26

Wenezuela – ZŁO, ZŁO, AGRESJA!!!

Wszystkiego najlepszego, Hugo!

Już przekraczając granicę czuliśmy się olani przez oficjeli, a ludzie pytani na ulicy o kierunek, obojętnie wzruszali ramionami.

Dojechaliśmy do Meridy, gdzie potajemnie zamieszkaliśmy w akademiku u pary sympatycznych, couchsurfingowych pedałów. Już po przybyciu jedno z pierwszych pytań było o Chaveza. Bo nie da się ukryć, że ten kolorowy prezydent rozsławił Wenezuelę niczym Łukaszenko Białoruś. Niemniej w tym przypadku obraz nie jest tak czarno-biały, jak u naszych wschodnich sąsiadów. Opozycja trzyma się całkiem mocno, a wybory są uczciwe, pomijając fakt, że…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/10/20

Kokainowi kowboje. Kolumbia cz. I.

Włóczykij.

Tuż po przekroczeniu granicy i wyciągnięciu magicznego kciuka z kabury pierwszy lepszy samochód zatrzymał się i sympatyczny pan zabrał nas na objazdówkę po okolicy. Po takim doświadczeniu byliśmy niemal przekonani, że autostop tutaj to niemal kaszka z mleczkiem. Następny dzień rozwiał nasze wysokie oczekiwania. Po trzech godzinach stania i wdychania spalin złożyliśmy broń. Niemniej udało nam się odkryć sposób na tańsze autobusy. Transport w Kolumbii jest drogi, ale na niektórych trasach jest spora konkurencja, więc i pole do targowania spore.

Pieniądze na bok – pomówmy o kraju. Jak by to powiedział Zulu-Gula: ¨Kolumbia to dziwny kraj!¨ Bo cóż jest normalnego w setkach żołnierzy stojących wzdłuż dróg i pokazujących kciukiem, że wszystko jest OK, kiedy nie jest? W kraju tym od 50 lat trwa wojna domowa i ten nienormalny stan stał się normalny. Jeszcze 10 lat temu partyzanci wjeżdżali do miast, ogłaszali rezolucje w stanowych parlamentach i spokojnie je opuszczali. Ostatnie kilka lat przyniosło pewną zmianę dzięki wojsku agresywnie wpychającemu partyzantów w głęboką dżunglę. Ja osobiście, i mam nadzieję, że partyzanci również…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/09/28

Mindo jESt Lindo. Ekwador cz. III.

Kolibry w Mindo.

Po wylądowaniu w Guayadaquill ruszyliśmy do miejscowości Baños, tutejszego Zakopanego. Po drodze zawinęliśmy do Salinas, gdzie można kupić genialny ser i jeszcze genialniejsze czekoladki. W międzyczasie po raz kolejny pękła mi aluminiowa podpora mojego plecaka i po raz kolejny trzeba było ją wzmacniać toną metalu.

Baños to miejscowość bardzo przyjemna, otoczona pięknymi górami, a jedynym felerem były codzienne opady deszczu.  Zadomowiliśmy się u bardzo fajnego CSa, u którego było już…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/09/19

Na wyspach Galapagos podobno… Ekwador cz. II.

Wielkie marzenie Mai – wyspy Galapagos. Po wylądowaniu na lotnisku rodem z ¨Przystanku Alaska¨ udaliśmy się do Puerto Ayora, centrum dowodzenia Galapagos. Zdziwiliśmy się niezmiernie, gdyż ten archipelag w niczym nie przypomina tropikalnych wysp. Krajobraz raczej pustynno-wulkaniczny, a pogoda umiarkowana z lekkimi opadami. Niemniej już pierwszego dnia ujrzeliśmy całą galerię zwierzaków, które traktowały człowieka raczej jak denerwującego intruza niż niebezpieczeństwo. Zobaczyliśmy gigantyczne żółwie w Centrum Darwina, którym czas wydawał się pojęciem względnym, bo żyjąc 200 lat lub więcej nigdy ci się nie spieszy, więc i egzystencja trochę bardziej leniwa i rozległa…

A ku-ku!


Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/09/14

AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI

12 września ruszyła akcja AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI. Jeśli chcesz, by dziecko w okresie największej chłonności jego umysłu miało kogoś, kto pokieruje, przypilnuje i natchnie je ciężkiej pracy, masz okazję wspomóc tą akcję. Możesz śledzić poczynania swojego podopiecznego oraz jego sukcesy, być może pewnego dnia ujrzeć go w telewizorze jako ¨bardzo ważną osobę¨. Jeśli ktoś może zmienić ten świat, to właśnie one – nasze najmłodsze pokolenie! Do dzieła – dzieciaki czekają!

Szczegóły akcji można znaleźć na stronie www.akademiaprzyszlosci.org.pl

Napisane przez: klapkikubota | 2011/09/07

Mój Ekwador ulubiony, ulubioonyyy… Cz. I.

Jezus wyzwolony!

Na granicy La Balsa byliśmy już o 7:00 rano. Na próżno, gdyż ta otworzona została o 9:00. Po przejściu na drugą stronę i załatwieniu formalności okazało się, że mamy czekać jeszcze 3 godziny, aż nasz drabinowóz zawiezie nas do najbliższej sensownej mieściny. I tak z wolna chłonęliśmy ten leniwy charakter przejścia na końcu bitej drogi. W Zumbie okazało się, że jeden autobus odjechał 30 minut temu, następny za 3 godziny. Tradycyjnie udaliśmy się więc na rynek, by odkryć tylko jedno działające stanowisko. Na dodatek przytrafiła się nam od razu ciekawostka, bo…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/09/01

Peru jak w mordę strzelił. Cz. III.

Inność.

Przekroczenie granicy chilijsko-peruwiańskiej poszło sprawnie i już wieczorem, w Arequipie, przygarnął nas niesamowity couchsurfer Joga. Niesamowity z dwóch względów. Po pierwsze: był tatuażystą pokrytym dziesiątkami tatuaży, a kolczyk miał w każdym możliwym miejscu. Po drugie i najważniejsze: był chodzącą kopalnią pozytywnej energii. Niemniej płacił za swój wygląd wysoką cenę braku akceptacji. Kiedy chcieliśmy pójść na koncert do tamtejszego klubu, najpierw powiedzieli nam, że nie ma miejsc, a gdy wchodzili kolejni ludzie, sprostowali, że dziwaków nie wpuszczają. W drugim klubie ochroniarz miał dobre serce i…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/08/24

Chill w Chile. Cz. I.

Dzikie życie w Iquique.

Chile – jakaż drastyczna zmiania po Boliwii, choć przejście było łagodne, bo autobus zostawił nas w dzielnicy boliwijskich imigrantów, a Maja z Polski i Dominik zapewnili nam milusi couchsurfing.
Chile jest generalnie kawał drogi od własnego kontynentu. Wielkie supermarkety przyćmiewają maciupkie ryneczki. Kierowcy co i rusz zaskakują cię, zatrzymując się przed przejściami dla pieszych.
Iquique pachnie morzem, którego tak dawno już nie widzieliśmy! Ma bardzo przyjemną, drewnianą starówkę i długaśny, piękny deptak nadmorski. Poza tym…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/08/18

Boliwia à la Polaco! Cz. V.

Dzień targowy w Tarabuco.

Znów w Boliwii. Tym razem udaliśmy się do Rurrenabaque, zobaczyć tropikalną część tego kraju. A świat to inny, w podkoszulkach, ospały i bardzo zielony. My tak się rozleniwiliśmy, że za późno zaczęliśmy załatwiać wycieczkę do selwy. O 7 rano obudzono nas i poinformowano, że wycieczka jest, więc szybko wpiszcie się na listę i lecimy! My wybudzeni, zakręceni łapiemy za portfel. Chaos! Kiedy jednak kurz trochę opadł, zapytaliśmy o cenę i wyszło, że chcą nas przyciąć, a nas się nie robi w balona. Zrezygnowaliśmy więc, zwłaszcza, że…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/08/08

Cudownie tani cud świata. Peru cz. II.

Wino Kot rozkręca imprezę.

Ruszyliśmy na podbój Machu Picchu. Najpierw powoli, przez Świętą Dolinę (Sacred Valley) – piękne, zielone miejsce pełne inkaskich ruin, na które niestety obowiązuje zbiorowy bilet za 130 zł. W Pisaqu strażnicy nie dali się przekabacić na bilet indywidualny, więc zwiedziliśmy bardzo ciekawy, lokalny rynek z pamiątkami. Na noc wyruszyliśmy do Ollantaytambo, gdzie po zmroku nasz przewodnik Piotr odnalazł ścieżkę od zaplecza na ruiny i w blasku księżyca zwiedzaliśmy tą imponującą strukturę. Poprzez pola, poprzez łąki i mosty wróciliśmy do miasta, gdzie odkryliśmy chilijskie wino Gato (Kot to miła nazwa dla jabola). Cztery kartony później…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/07/27

Wielki KONKURS!!!

Drodzy Kubociarze!

W związku z zaobserwowanym przez nas nowym, nieśmiałym trendem, jakim jest przysyłanie nam zdjęć z czymkolwiek, co ma na sobie napis Kubota, postanowiliśmy zorganizować KONKURS na najbardziej wykręcone foto.
Zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału! Szczegóły w zakładce Konkurs.

JAZDAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Napisane przez: klapkikubota | 2011/07/27

Peru – polscy konkwistadorzy. Cz. I.

Cholita w wersji pop-art.

Już po przekroczeniu granicy okazało się, że nasze plany uległy radykalnym zmianom i zamiast do Cuzco skierowaliśmy się do Arequipy, by spotkać się z przyjaciółką Mai, Anią i jej znajomymi, a rano udać siędo Kanionu Colca. Już w autobusie relacji Arequipa – Colca dowiedzieliśmy się, że średnio raz w miesiącu ma miejsce napad sprzątająco-czyszczący na te nocne dyliżanse. Ma on na celu uświadomienie turystom o ileż lżej i przyjemniej chodzi się po kanionie z pustym plecakiem. Cały zysk trafia do lokalnej ludności z okolicznych wiosek.
W przerwie podróży autobus zatrzymuje się na punkcie widokowym, gdzie można obserwować z bliska (nawet 5 metrów) wspaniałe andyjskie kondory. Dla tych, którzy…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/07/18

Polska Ambasada w Boliwii. Cz. IV.

Pocztówka z Boliwii.

W La Paz spotkaliśmy się z oficjalnym ambasadorem Polski na terenie Boliwii – Szymonem Kochańskim. Placówka nie jest uznawana przez rząd polski, zapewne z powodu zazdrości, bo jest to najprzyjaźniejsza ambasada, w jakiej byliśmy. Na wstępie uraczyła nas kielichem o 8 rano, a wieczorem, z pozostałą częścią polonii, spożywaliśmy. Gadka się kleiła i robione przez nas pierogi też.
Szymon, jak przyjechał na wakacje, tak się rozkochał w Boliwii i w swojej anielsko dobrej dziewczynie. Po 3 latach miłość do kraju trochę klapła, bo przyszło żyć w tym latynoamerykańskim państwie dłużej, to i absurdów i biurokracji się naoglądał. Niemniej Szymon zafundował nam jazdę bez trzymanki i ogląd tego kraju przez szkło mędrca.

Dla przykładu, prezydent Evo Morales – najdłużej urzędujący prezydent (na 200 lat historii kraj ten miał 200 rządów), jest człowiekiem zdecydowanie zmieniającym zdanie. Na zeszłe Święta, dokładnie w dniu Wigilii…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/07/11

Ameryka pełna f(i)estiwali. Boliwia cz. III.

Cholity w czasie fiesty.

Sucre.
Miłość, miłość, miłość! Zakochaliśmy się w tym mieście od pierwszego wejrzenia. Temperatura optymalna, architektura piękna. W końcu oczy mogły odpocząć od tych prostokątnych, ceglanych, nieotynkowanych paskudztw z wystającymi na zaś zbrojeniami, których pełno w pozostałych miastach (nigdy nie wiadomo, kiedy dobuduje się pięterko). Relatywna cisza i tylko stare autobusy bez katalizatorów trują tą sielankową atmosferę. Rynek, na którym siedzieliśmy 3 dni, jest pełen frykasów: kiełbaski chorrizo, salcesonik, i sałatki owocowe.
Największą zaś atrakcją było święto wyzwolenia Sucre. Wieczorem koncert, a za dnia wielki pochód z orkiestrami, tańcami i przebierańcami. Tylko prezydenta nie zobaczyliśmy, bo…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/07/02

Boliwia – śmierć człowieka pracy. Cz. II.

Górnicy przy pracy.

Z Uyuni udaliśmy się do Potosi - górniczego miasta położonego na wysokości 4000 m, dawniej centrum hiszpańskiego imperium, dające roczne przychody pozwalające na prowadzenie rozlicznych wojen i utrzymywanie pokaźnej rzeszy artystów. Czasy świetności bezpowrotnie minęły. Pozostała piękna starówka pełna kolonialnych budynków oraz tradycja górnictwa przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Metody wydobycia również są tradycyjne. Oprócz dynamitu niewiele nowinek technologicznych zawitało tu od czasów Francisco Pizarro i choć śmiertelność spadła znacząco (praca w kopalniach Potosi była, obok europejskich epidemii, głównych powodem spadku populacji rdzennej ludności), to nadal…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/06/23

Boliwia dla niebogatych. Cz. I.

Nietrudno tu o dobry obrazek.

Już po przekroczeniu granicy odzyskaliśmy siły nabywcze. Z żebraków przekształciliśmy się w książęta i zaczęliśmy jeść! Myszkując po przygranicznym markecie odnaleźliśmy flaczki – bez majeranku, ale poczuliśmy się swojsko. Kolejnym miłym zaskoczeniem były ceny z przewodników. Okazały się ciut tańsze, co przy radosnej dla nas taniości kraju było dla nas przetaniutkie.

Przybyliśmy do Uyuni, bazy wypadowej na słynne salary. Po mieście kręciła się mocno skacowana młodzież. Okazało się, że spóźniliśmy się jeden dzień na festiwal transowy, odbywający się w niedokończonym solnym hotelu. Niemniej mój mózg nie mógł wyobrazić sobie szalonych harców na 4000 m n.p.m. przy minusowej temperaturze. Odżałowaliśmy straty tym łatwiej, że…

Czytaj dalej…

Napisane przez: klapkikubota | 2011/05/31

Argentyna zza okna. Cz. II.

Prowincja Misjones jest pełna imigrantów zza Buga.

Czas na wyrwanie się z wygód miasta. Rano dokulaliśmy się ciufcią w okolice bramek na autostradzie i zaczęliśmy „robić kciuka„ (hacer dedo – autostop po argentyńsku). Słyszeliśmy różne opinie o jego funkcjonowaniu. Wielogodzinne oczekiwanie to norma. Jakże mile zaskoczył nas więc brazylijski tirowiec, który już po pół godzinie wyrwał nas z okowów niepewności.

O 21 w nocy wylądowaliśmy na stacji benzynowej, gdzie obsługa, ku naszemu zdziwieniu, nie pozwoliła nam rozbić namiotu. Zbici z tropu ruszyliśmy na drugą stronę drogi. Tam sympatyczna pani…

Czytaj dalej…

« Nowsze Posty - Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.